Archiwa tagu: Fédération Cynologique Internationale

KOPIOWANIE USZU: USZYGATE I SPECJALNE PRZEGLĄDY, CZYLI GOTOWANIE ŻABY – RZECZ O TYM, JAK MIĘDZY LISTOPADEM 2015 ROKU A PAŹDZIERNIKIEM ROKU 2019 ZMIENIAŁA SIĘ NARRACJA Z; ”PSY/SUKI, KTÓRE ZGODNIE Z UCHWAŁĄ ZG NIE MOGĄ BYĆ WYSTAWIANE NA WYSTAWACH ZE WZGLĘDU NA CIĘTE USZY I/LUB OGON, MOGĄ ZOSTAĆ ZAKWALIFIKOWANE DO HODOWLI NA PODSTAWIE PRZEGLĄDU” NA ”PRZEGLĄD HODOWLANY DLA SUK/PSÓW Z WADAMI UNIEMOŻLIWIAJĄCYMI UDZIAŁ W WYSTAWIE”

(Tekst pierwotnie zamieszczony został na blogu zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com)

Ostatnio tj. 18 października b.r. Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce, ten Zarząd Główny, który na FB prowadzi fanpejdż ”ZG ZKwP”, czyli chyba ten ”prawdziwy” – wybaczcie, ale już nie ogarniam co dzieje się w tym stowarzyszeniu, który ZG jest tym ”legalnym” etc., sprawę rozstrzygnąć ma Sąd) na posiedzeniu Plenum, uchwalił, że ”opłata za przegląd hodowlany dla suk/psów z wadami uniemożliwiającymi udział w wystawie wynosić będzie 1.500 zł” – tysiąc pięćset złotych, czyli cena za ”wady” poszła w góręa przy okazji ”niezauważenie” nastąpiła ”drobna ewolucja” w doborze słownictwa…

Wyobraźcie sobie, że te ”wady uniemożliwiające udział w wystawie”, coś, co ”zwykłym śmiertelnikom” kojarzy się z wypadkiem-przypadkiem (”przecież nikt normalny nie sabotuje udziału własnego i -podobno- wartościowego psa w wystawie, celowo go okaleczając, nie?” – cha, cha, cha…), to zdaniem osób decyzyjnych w ZKwP, także celowo i z pełną premedytacją kopiowane, cięte uszy i/lub ogony, co wprost napisane zostało w komunikacie z 25 listopada 2015 roku, w którym napisano: ”Przyjęto iż, psy/suki, które zgodnie z uchwałą ZG nie mogą być wystawiane na wystawach ze względu na cięte uszy i/lub ogon, mogą zostać zakwalifikowane do hodowli na podstawie przeglądu dokonanego przez sędziego międzynarodowego z uprawnieniami do oceny danej rasy oraz muszą spełniać pozostałe wymogi Regulaminu Hodowlanego.”Popatrzcie na grafikę dokumentującą komunikat z roku 2015, gdy ZKwP sobie ten punkt do regulaminu dodało, wszystko było jasne, było wiadomo o co chodzi, teraz niby wydaje się, iż istnieje ”niejasność”…

Jak więc stało się, że dziś ZKwP nie komunikuje już otwartym tekstem, że chodzi o psy lub co najmniej i o psy, które celowo poddano chirurgicznym zabiegom zmiany wyglądu uszu i ogonów, a jedynie mami nas ”wadami uniemożliwiającymi udział w wystawie”?

Cóż, nie od razu Kraków zbudowano… Temat organizowania ”specjalnych przeglądów” jest ”kontrowersyjny”, wymaga więc budowania odpowiedniej narracji etc., ”Oswajano” nas więc konsekwentnie za pomocą techniki popularnie zwanej ”gotowaniem żaby”… Komunikat, który uwodzi pomysłowością użytego w nim słownictwa, ten z 19 listopada 2017 roku brzmiał, iż ustalono: ”opłatę za kwalifikację do hodowli zgodnie z załącznikiem nr 15 (dopuszczenie do hodowli psów i suk z wadami nabytymi) obowiązującą w roku 2018 w wysokości 1000 zł od psa. Opłatę za przegląd wnosi się na rzecz oddziału Związku organizującego przegląd” – tadam! Mamy to, pojawia się ”delikatne rozmycie”, okazuje się, że jest specjalny i dodatkowy załącznik traktujący o ciętych psach, z uwagi na które dwa lata wcześniej postanowiono te ”specjalne przeglądy” organizować i tylko w nawiasie mamy wyjaśnienie, że chodzi o ”dopuszczenie do hodowli psów i suk z wadami nabytymiw 2017 roku ZKwP nazwało celowe okaleczanie psów, jakim kopiowanie uszu i/lub ogonów ”wadami nabytymi”.

W obecnie promowanej (wisi przecież ten komunikat na internetowej stronie stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce – jak i poprzednie) przez osoby decyzyjne z ZKwP narracji o ”powodach”, dla których pies ma być pokazywany na specjalnym przeglądzie, zamiast na normalnej wystawie, gdzie jest konkurencja itd., napisane jest tylko:przegląd hodowlany dla suk/psów z wadami uniemożliwiającymi udział w wystawiei nie jest napisane nie chodzi o psy kopiowane, psy z uszami i/lub ogonami celowo ciętymi dla widzi mi się ich właścicieli – osób odpowiadających za te psy w sensie prawnym. Czyli z treści owego komunikatu, tego jak został on sformułowany nie wynika, że przeglądy hodowlane, z pomocą których dla psów uzyskiwane są uprawnienia hodowlane w sposób odbiegający od standardowej procedury obowiązującej w ZKwP/FCI (wystawy), nie są organizowane dla psów okaleczonych celowo, z premedytacją. A przecież wystarczyło napisać, że owe przeglądy organizowane są dla psów, które uległy nieszczęśliwym wypadkom lub odniosły kontuzje w postaci np. uszkodzenia jakiegoś mięśnia/stawu… Ale nie, ”wymyślacze treści” z ZKwP zostali przy tak dobrze się sprawdzających od listopada 2017 roku ”wadach”.

Pytanie na marginesie: te przeglądy organizowane są dla psów ”także” z kopiowanymi uszami i lub ogonami? Czy może ”przede wszystkim”? A może jedynie ”dodatkowo”?

W końcu czy wiadomo jak procentowo wygląda proporcja: celowo cięte uszy i/lub ogony vs. powypadkowa utrata oka/palca, kulawizna wynikająca z zerwanego więzadła itp.?

Kto i czy w ogóle w ZKwP prowadzi (ogólnopolski) rejestr tych ”wypadków-przypadków”?

I kolejne nasuwające się pytanie: Czy można z całą pewnością wykluczyć, że powyższa kwalifikacja, przecież celowo okaleczanych psów, jako psów ”okaleczonych przypadkowo”, owo stawianie znaku równości pomiędzy nieszczęśliwym zdarzeniem a działaniem z premedytacją, a teraz, w nowej uchwale jeszcze ta ”niejasność”, to sprzyjanie ludziom mającym z etyką na bakier? Czy wystarczy, że jakiś ”hodowca” potnie, mówiąc brzydko acz obrazowo, Jakiś Hodowlany Odpad i nie musi już konkurować z innymi hodowcami i ich osiągnięciami? Nie musi już pokazywać na wystawie swojego wypłosza i walczyć o jego uprawnienia hodowlane na wystawowym ringu, konkurując z przychówkiem innych hodowców?

Jeśli tak, to dla takiego ”hodowcy” odpada problem porównywania jego psa z Nie-odpadami Hodowlanymi… Hm…

To jasne, że są psy, które faktycznie ulegały jakimś nieszczęśliwym wypadkom, np. straciły oko albo kuleją, gdyż uległy kontuzji. Ale jeśli weźmiecie pod uwagę, iż uprawnienia hodowlane ”robi się” psom ”najszybciej jak to tylko możliwe”, naprawdę młodym, ”niezużytym” i raz na całe życie, jeśli przyjrzycie się bliżej zamiłowaniu niektórych członków ZKwP do ciętych Dobermanów, Owczarków Środkowoazjatyckich, czy też ciągle jeszcze cieszących się zainteresowaniem typowym dla nowinek, Dogów Argentyńskich, Dogów Kanaryjskich etc., i zrozumiecie, że celowe okaleczenie psa poprzez planowe usunięcie mu części małżowiny usznej i/lub ogona, osoby decyzyjne w ZKwP zakwalifikowały do tej samej kategorii co ”nieszczęśliwe wypadki”, zrozumiecie, że ZKwP, to -mówiąc najkrócej- ”stan umysłu”…

Do końca 2015 roku ciule, którzy pokątnie ”u krewnych i znajomych królika”, gdzieś w Polsce, a może nawet za granicą, ale w krajach, w których cięcie uszu i/lub ogonów także jest zabronione, cięli swoje psy, mogli je potem ”na lajcie” wystawiać na wystawach organizowanych pod szyldem ZKwP/FCI. Mogli, bo ZKwP honorowało (jakże szczególnie brzmi to słowo w tym kontekście) niemające podstawy prawnej pseudozaświadczenia nazywane powszechnie przez fanatyków kopiowania ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu uszu”, które stwierdzały, iż gdzieś w Polsce, jakiś w Polsce praktykujący weterynarz, w klinice weterynaryjnej kopiował uszy tym nieszczęsnym psom – pisałam o tym bardzo obszernie w tym w kilku tekstach, np. w tym:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2015/11/17/winter-is-comming-rozmnazacze-nieprzebadanych-psow-koniec-tabu-kopiowania-obcinania-psom-uszu/

Nagle jednak, we wrześniu 2015 roku, w ciągu zaledwie trzech dni po tym, jak na Klubowej Wystawie Molosów w Starej Miłosnej, pojawił się (w wyniku odbytego przeze mnie spotkania z komendantem właściwego komisariatu), patrol policji, ZKwP wycofało się z honorowania tych pseudozaświadczeń i cięte psy przestały być tak ostentacyjnie pokazywane na wystawach ZKwP/FCI, jak to miało miejsce do chwili pojawienia się policjantów na pamiętnej klubówce. W Polsce kopiowanie uszu jest zakazane od 1997 roku(!), Nowelizacja Ustawy o Ochronie Zwierząt z roku 2012 tylko to podkreśliła – i to chyba specjalnie dla członków stowarzyszeń hodowców psów. Żaden weterynarz w Polsce już od 1997 roku nie może tego zabiegu wykonać pod groźbą nie tylko utraty prawa do wykonywania zawodu, ale i kary więzienia. Mimo to, zapewne znajdują się jacyś pseudoweterynarze, którzy …urwią się za parę stówek… A przecież zabieg ten jest legalny w Rosji, w USA… Generalnie, żeby urodzonemu w Polsce psu kopiować uszy, by zrobić to zgodnie z prawem, trzeba go zabrać za granicę, do kraju, w którym tego rodzaju okaleczanie psów jest legalne i tam, poza polskim terytorium, poddać go takiemu zabiegowi. Albo, chcąc mieć psa z ciętymi uszami, należy kupić go z hodowli w kraju, w którym cięcie uszu jest legalne, np. w Rosji. No, ale ciule kombinują i jakoś tam, przez znajomych i znajomych tych znajomych wyszukują sobie …urwiących się wetów albo upraszają ”umiejętnie się posługujących skalpelem” kolegów/koleżanki i tną polskie psy nielegalnie.

Wychodzi na to, że jeśli masz ciętego psa, który urodził się w Polsce i tu, w Polsce miał kopiowane uszy, generalnie jeśli masz psa urodzonego i/lub ciętego w jakimkolwiek kraju, w którym uszu dla widzi mi się właściciela ciąć nie wolno, czyli masz psa okaleczonego w wyniku działania przestępczego (twojego, jako jego właściciela/właścicielki – osoby, która nakłoniła do popełnienia przestępstwa i umożliwiła komuś popełnienie tego przestępstwa na tym zwierzaku oraz osoby, która tego zwierzaka okaleczyła) i nie możesz tego psa z kopiowanymi uszami pokazywać na wystawach ZKwP/FCI w oparciu o smętne i żenujące świstki, którymi były (i wciąż są) ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, dodajmy, wystawach, które hodowcom posiadającym psy kompletne są niezbędne dla uzyskania dla tych kompletnych psów uprawnień hodowlanych, to możesz celowo okaleczonego psa zabrać na tzw przegląd hodowlany zupełnie tak, jakby kopiowane uszy były ”nieszczęśliwym wypadkiem” i sprawdzić czy za tysiąc pięćset złotych załatwisz sobie prawo do rozmnażania go tak, by koledzy i koleżanki ze stowarzyszenia się nie czepiali, a w każdym razie, by nie bardzo mieli jak się czepiać, że ”idziesz na skróty”… Jeśli zaprowadzisz takiego niezgodnie z prawem większości krajów Unii Europejskiej, ciętego psa na przegląd hodowlany w ZKwP/FCI, dowiesz się jak dokładnie i czy w ogóle osoby organizujące owe specjalne przeglądy hodowlane, sprawdzają dokumentację dotyczącą ciętych uszu i/lub ogonów i jak bardzo troszczą się o przestrzeganie przepisów min. polskiej Ustawy o Ochronie Zwierząt.

Na marginesie: nawet, gdy psa rasy tradycyjnie ciętej kupujesz w Rosji, psa który uszy i/lub ogon cięte miał tam i masz psa ciętego bez łamania prawa, rzecz sprowadza się do tego, że za 1500 złotych ”odwalasz temat”. To tak, jakby mówić ”Niech cała reszta nie dość cwanych i nieokaleczających posiadaczy psów, szczególnie ras tradycyjnie ciętych, wydaje szmal na wystawy, niech se jeżdżą, bulą na paliwo, noclegi itd. środkowy palec dla nich ode mnie.” Nie ma to jak zasady fair play…

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/jak-kituja-milosnicy-nie-tylko-dogo-argentino-czyli-kultywowanie-tradycji-okaleczania-psow-ciagle-na-topie/

A, zapomniałabym:

I jeszcze to:

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu, oraz zdjęć i/lub grafik bez zgody autora jest zabronione.

zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com

zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

”NAJGRUBSZE RYBY W STAWIE” UTRZYMUJĄ PH STOJĄCEJ WODY NA ”WŁAŚCIWYM” POZIOMIE – SŁÓW PARĘ NA TEMAT: ”SKĄD W ‚KYNOLOGII’ TYLE PATO…?”. (CZĘŚĆ PIERWSZA)

Help!

Tematyczne grupy funkcjonujące na serwisie Facebook poruszają kwestie istotne dla członków tych konkretnych grup. Tak więc na grupie producentów kosiarek raczej nie będą rozstrzygane zagadnienia ze świata księgarzy, a na grupie kynologicznej ciężko będzie znaleźć dyskusję o sprzęcie szermierskim. Fejsbukowe grupy kynologiczne, których liczba członków idzie w setki a nawet tysiące, zazwyczaj (z pewnymi ”wyjątkowymi wyjątkami’) są zamknięte, czyli niedostępne dla ”zwykłych śmiertelników” – treści na nich publikowane widoczne są jedynie dla osób do tych grup należących (lub osób, którym członkowie tychże grup, owe treści jakoś tam przekazują…). Tak ”elitarne” grupy postrzegane są jako ”najbardziej wiarygodne”. Zwłaszcza przez tych, którzy ”dopuszczeni zostali do zaszczytu czerpania z ‚wiedzy tajemnej’ państwa tzw doświadczonych hodowców oraz uczestniczenia w ”wiekopomnych dyskusjach”. Dyskusjach w istocie często będących rozmowami o niczym. Rozmowami, w których w imię ”szczytnych celów” trzeba umieć obyć się bez konkluzji… Rzadziej rozmowy na forach Facebooka inicjowane są prośbami o polecenie odpowiedniego lekarza weterynarii lub o podzielenie się doświadczeniem związanym z posiadaniem psa obciążonego jakąś przewlekłą i wymagającą stałej kontroli, chorobą. Częściej dotyczą pytań i ”konsultacji” o to kiedy, tj. przy jakim poziomie progesteronu można kryć sukę. Albo też są wołaniem o pomoc przy ”opiniowaniu” gotowych karm. Posty służą też do podkreślania i chwalenia się, że Jakiś Tam Pies, Gdzieś Tam zdobył Jakiś Tam Tytuł, reklamują mioty oraz wystawione na sprzedaż szczenięta. Albo jednoczą grupy, napominając środowisko, że ”pseudo rośnie w siłę” i ”wszystko co nie jest (z) nami, to pseudo”. Gównie jednak grupy takie straszą pseudointelektualnymi wywodami ludzi, którzy (za)dużo czasu spędzają na ‚fejsie’ lub po prostu żenującymi gównoburzami z udziałem ”znanych w środowisku” posiadaczy rasowych psów. Przez to powstaje wrażenie, że tematy, które na forum tego rodzaju grup nie są poruszane, nie istnieją albo ”nie są ważne”. Ale po kolei.

Sterowanie konsumentem

Podejdźmy do tych fejsbukowych kynologicznych grup, przez ogrom osób traktowanych przecież jako ”źródło rzetelnej informacji” (szczególnie tych nowo do niech ”wstępujących” – do niektórych grup nie można po prostu ”dołączyć”, do nich można jedynie ”wstąpić”, trochę jak do …sekty), jak do specjalistycznych, opiniotwórczych i cieszących się zaufaniem periodyków – właśnie tak przecież mają zwyczaj ”błyszczeć” co ”znamienitsi” członkowie tego rodzaju grup, jako ”specjaliści”. Periodyków mających określone cele i zasięgi, a przed nimi swoich; inwestorów (którzy angażując określone zasoby, oczekują określonych korzyści) wydawców, redaktorów, dziennikarzy i konsultantów (funkcjonujących także w określonych zależnościach) oraz reklamodawców. I zastanówmy się nad kwestią ”doboru treści” – wyboru poruszanych na forach tych grup tematów i sposobów na zarządzanie nimi. (Gdyż i tu jest jak w opiniotwórczym magazynie: nie tyle liczy się ”temat” jako taki, co sposób w jaki ów temat się przedstawia.) Jak wszystkie te role porządkują się i dzielą w warunkach social media? Kto więc jest w tych fejsbukowych kynologicznych grupach ”inwestorem” – czyje racje, argumenty, w skrócie: interesy ‚dzieją się’ na danym forum (i z jego pomocą)? Kto jest ”wydawcą”/”redaktorem naczelnym”, pełniącym rolę ”kontrolera” (by nie powiedzieć ”cenzora”), dopuszczając (albo nie) tematy ”publikacji” i rozmów, które na tychże fejsbukowych forach można znaleźć? I kto trzyma pieczę nad ”przestrzeganiem zasad regulaminu grupy” – czyli kto zajmuje się pilnowaniem, by odgórnie obrana linia była przestrzegana? Kto jest ”dziennikarzem” wybierającym sobie tematy i publikującym treści? Czy na pewno ”wszyscy członkowie grupy mogą publikować treści”? I wreszcie kto ”w zespole” ma moc ”opiniotwórczą”? Kto wchodzi w rolę ”recenzenta”, gdy pojawia się konieczność(?) ”zrecenzowania” danej kwestii? A skoro jesteśmy już przy ”recenzentach” i ”konsultantach”, to ponownie zwróćmy uwagę na sposób nawigowania dyskusji toczących się na forach kynologicznych grup. W jakim kierunku ”kanalizowana jest energia”? Jakie postawy są modelowane? Jakie nastawienie buduje się u członków tych grup w odniesieniu do poszczególnych zagadnień i które posty/publikacje i rozmowy się ”utrzymują”, a które ”znikają”, są usuwane? I czy wiadomo dlaczego niektóre tematy są cenzurowane, czy też nie jest to ”jasne”? W skrócie: jak się na fejsbukowych grupach kynologicznych ”prowadzi” nie tylko twórcę czy współtwórcę, ale i odbiorcę treści tam dostępnych? I wreszcie: kto jest zwyczajowym odbiorcą treści publikowanych na tychże forach? Gdyby grupy te były na początku wspomnianymi periodykami, to dla kogo byłyby przeznaczone? Kto by te magazyny (czy to w wersji papierowej, czy elektronicznej), kupował? I po co? Czego kupujący by w nich szukali? I dlaczego by kupowali właśnie te periodyki? (Zastanówcie się nad powyższym, nawet przyjmując, że ”w tych grupach to wszystko tylko jakoś tak ‚po prostu samo’ wychodzi”.)

Macie to? Te pytania? Postawiliście je sobie? Ok, to zapiszcie je, bo na razie idziemy dalej:

100% odpowiedzialności hodowcy

Niedawno otrzymałam wiadomość (niepierwszą tego rodzaju i nie ostatnią) od bardzo rozżalonej osoby, która napisała, by podzielić się spostrzeżeniami dotyczącymi zaskoczenia i rozczarowania tym jak potraktowano ją, gdy na jednej z popularnych fejsbukowych grup kynologicznych zadała pytanie, a właściwie ‚ośmieliła się’ zadać pytanie dotyczące, wciąż ”kontrowersyjnej” kwestii, tj. odpowiedzialności hodowcy wobec nabywcy w sytuacji, w której okazuje się, że zakupiony z ”renomowanej hodowli” ZKwP/FCI, psiak nie jest w pełni zdrowy. (Pamiętajmy, że w największym polskim środowisku hodowców i posiadaczy psów rasowych, powszechnym jest stanowisko, że ”rasowy pies”, to pies tylko i wyłącznie z dokumentami wydanymi przez ZKwP i honorowanymi przez FCI – wszystko inne to ”kundle”, ”psy w typie rasy” z ”pseudohodowli”.)

Mniejsza o szczegóły tego przypadku, gdyż tych sytuacji, kiedy to nabywcy rasowych psów z rodowodami honorowanymi przez FCI, na krótko po przeprowadzeniu transakcji odkrywają, iż zakupione przez nich psiaki okazują się być ”nie w pełni zdrowe” lub wręcz ”specjalnej troski”, jest ciągle za dużo. Chodzi o to, co w związku z tym możesz zrobić ty? Ty, jako przyszły nabywca rasowego psa o udokumentowanym pochodzeniu? Po prostu: musisz zdawać sobie sprawę z kilku kwestii i zawsze o nich pamiętać.

Zacznijmy od tego, że bezdyskusyjnym zaniedbaniem nabywcy jest nie zrobienie dokładnego rozeznania na rynku i zakup (przypadkowego) psiaka z kompletnie przypadkowej hodowli, która ”jest blisko” (w tym samym województwie) lub, którą ”polecano” np. na Facebooku. (Czyli jacyś ludzie, którzy w danej chwili byli ”online” i zobaczyli ”post z prośbą o polecenie hodowli” pisali coś w stylu ”mam od niej/niego pieska/suczkę i jestem bardzo zadowolony/a” – faktycznie, ”referencja” warta co najmniej milion zielonych…) Pełna przypadkowość, zamiast wybrania hodowcy i jego hodowli na podstawie ściśle określonych kryteriów. Trzeba być bardzo naiwnym, by nie rozumieć (i dziwić się), że jeżeli kupujący nie stawiają żadnych wymagań, sprzedający nie muszą żadnych wymagań spełniać. Handlarz chce jak najwięcej zarobić. Jeżeli więc przychodzi do niego klient, który daje mu możliwość zarobku przy jak najmniejszym wkładzie owego handlarza w jakość towaru i usług, handlarz nie ma żadnego powodu podnosić ani jakości swoich usług, ani jakości swojego towaru. I dodać wypada, że monopol bardzo źle wpływa na jakość usług i towarów, w kynologii lub może raczej ‚psiarstwie’ dokładnie tak samo, jak w każdej innej dziedzinie. Pojęcie ”pseudohodowla” nie dotyczy organizacji, logo, tylko ludzi. Konkretnych osób, które są pseudohodowcami – zapamiętajcie to sobie na całe życie.

Mimo powyższych oczywistości o jednym jeszcze nigdy nie wolno zapominać. I to jest to, za co na pewno i zawsze w ”kontrowersyjnych” sytuacjach typu ”nie do końca zdrowy szczeniak”, w stu procentach odpowiada i za co winę od początku do końca ponosi hodowca. Tym czymś jest jego aroganckie, bezczelne, chamskie, czyli po prostu prostackie zachowanie wobec nabywcy niezdrowego szczenięcia/podrostka. Wobec nabywcy zaskoczonego sytuacją, zagubionego w niej, zaniepokojonego i szukającego u hodowcy pomocy. Tak, pomocy. Dlatego, że znacząca większość osób, które zdecydowały się (jak im się wydawało) ”świadomie wydać pieniądze” (kilka tysięcy złotych lub kilka tysięcy euro) na rasowego psa, zakupując go z hodowli ZKwP/FCI, myśli o hodowcy, od którego psiak został zakupiony, jako o ”specjaliście”, ”autorytecie”, osobie ”rzetelnej” oraz ”godnej zaufania”, bo ten zarejestrowany jest w Związku Kynologicznym w Polsce. Gdy więc nabywcy tacy dowiadują się, że ich czworonożny przyjaciel nie jest tak zdrowy, jak się im wydawało (jak ich zapewniano, że zdrowy jest), w pierwszym odruchu, zwracają się do hodowcy i oczekują od niego pomocy. I niestety ciągle zbyt często się rozczarowują. A gdy się z pierwszego szoku nieco otrząsną, na fejsbukowych grupach kynologicznych ”dzielą się ze światem” (a przynajmniej starają się to robić) swoim doświadczeniem z ”współpracy” z danym tzw hodowcą. I? Zalewa ich fala hejtu ze strony rzeczonego ”hodowcy”, jego tzw przyjaciół oraz ”wyznawców”, która dodatkowo im ”dowala”.

Wiecie jak w praktyce definiuje się hodowcę? Kto to w ogóle jest ”hodowca”? Hodowca to właściciel suki, która dała potomstwo. Kropka. Tyle. Twoja suka dała miot? Witamy w ”klubie hodowców”.

”Definicje” i schizofreniczny brak logiki

Kwestią, od której omawianie problematyki „niezupełnie” zdrowych psów należy zacząć, jest forma hodowli. Hodowle zarejestrowane w stowarzyszeniach hodowców legalnie działających w Polsce są ”amatorskie” – tak mówi statut np. ZKwP, czyli stowarzyszenia najdłużej działającego i zrzeszającego w Polsce największą liczbę osób rozmnażających psy o tzw udokumentowanym pochodzeniu oraz przez istotną część polskiego społeczeństwa traktowanego jako ”jedyne niepseudohodowlane stowarzyszenie w Polsce”. Skoro hodowle są amatorskie, to co wśród nich robią takie, w których większość psów pochodzi z linii, które ciągną się od pokoleń? Linii, których tworzenie wzorowane jest na metodach hodowlanych rodem z instytutów cytologii i genetyki, ale w amatorskim wykonaniu, więc trudno powiedzieć o nich, że ”budowane są w oparciu o metody hodowlane, stosowane przez naukowców”. I co robią w tych amatorskich hodowlach psy, które używane są do tworzenia kolejnych kilku, kilkunastu linii (a może więcej, zwłaszcza gdy mówimy o ”modnych” reproduktorach)? Hodowcy-amatorzy, czasem tak zawzięcie upierają się przy twierdzeniach o swoim profesjonalizmie, gdy w ”gównoburzach” rugają nabywców ”nie do końca zdrowych psów”, że w istocie, nowicjusze mogą dać się nabrać. I uwierzyć, że pretensje przez ”amatorskich profesjonalistów” zgłaszane, by traktować ich rzekome ”doświadczenie” co najmniej z taką estymą, jak profesorski tytuł, są uzasadnione. Czy oto obnażył się nam kolejny zdumiewający oksymoron polskiego psiarstwa? Hodowca prowadzący amatorską hodowlę psów rasowych, to ”amatorski profesjonalista” czy ”profesjonalny amator”? Może warto urządzić głosowanie i demokratycznie wyłonić odpowiedź? W każdym razie, hodowca-amator tworzy swoje linie, działa zgodnie z jakimś swoim ”planem”/pomysłem i te linie nie są ”przypadkowe” – nawet jeśli tworzy je Osoba Bardzo Mało Mądra, to nie wybiera psów skrajnie chaotycznie, a według jakiegoś swojego określonego klucza. (Nawet, gdy kluczem jest dostępność tzw reproduktora, i w efekcie iluś tam odmów, ”hodowca” kryje tym, czego mu nie odmówiono i tak sobie ”robi” szczeniaczki, to jest to klucz i metoda postępowania oraz ”styl hodowania”.) Ludzie ci, ci hodowcy-amatorzy zarejestrowani w stowarzyszeniach zrzeszających osoby zajmujące się amatorską hodowlą psów rasowych, piszą i mówią o metodach hodowlanych przez siebie używanych. Co rusz, także na fejsbukowych grupach kynologicznych przewijają się hasła ”outbreeding” i ”inbreeding (inbred)”…

Z mojego punktu widzenia sprawa jest prosta: albo jesteś amatorem i raz na jakiś czas, powiedzmy maksymalnie raz do roku, puszczasz na rynek miot po niespokrewnionych psach jednej rasy – wszak jesteś amatorem i nie posiadasz wykształcenia kierunkowego: genetyk, biolog itp., więc nie bawisz się w ”bajerancki inbred”. I robisz sobie pieski za pomocą kojarzenia niekrewniaczego – zabierając się za amatorskie rozmnażanie psów wypada wiedzieć przynajmniej tyle, by móc odpowiedzieć na pytanie o to, czym jest ”kojarzenie niekrewniacze”. Albo masz zasoby; warunki i narzędzia, czyli dysponujesz jakimś terenem (z odpowiednią infrastrukturą, w której skład wchodzą także zatrudnieni pracownicy), na którym utrzymujesz znaczącą liczbę osobników obojga płci psiaków wybranej rasy. No i jesteś doktorem nauk biologicznych, praktykiem; masz dostęp do laboratoriów, instytutów, innych fachowców w dziedzinie. Znasz profile genetyczne osobników, które kojarzysz i min. dzięki temu unikasz zagrożeń wynikających z kojarzenia osobników zbyt blisko z sobą spokrewnionych – znasz ich profile, a nie tylko ”na słowo honoru” wierzysz w to, co mają napisane w rodowodach. Znasz słabe strony ”swojej rasy”, wiesz jakie są typowe dla niej schorzenia, przeprowadzasz więc badania psów, które chcesz rozmnażać i usuwasz z programu hodowlanego osobniki obciążone wadami/schorzeniami po to, by szczenięta, które w wyniku twojej działalności przyjdą na świat, były możliwie jak najwyższej jakości, czyli tak zdrowe, jak to tylko możliwe dzięki twojemu profesjonalizmowi. I byś mógł/mogła z czystym sumieniem sprzedawać je swoim klientom za te spore sumy, które odzwierciedlałyby twoje autentyczne zaangażowanie w pracę hodowlaną. A! Oraz masz szmal. Dużo pieniędzy, po prostu multum kasy, bo wszystko to wiąże się z inwestowaniem (w pasję). Masz warunki fizyczne i te rozumiane jako intelektualne zaplecze. Wtedy jesteś profesjonalistą. I wtedy świadomie stosujesz inbredy i świadomie powodujesz zmiany genetyczne zewnętrzne i wewnętrzne, wpływające na psychikę, wygląd (fenotyp) i sprawność/ funkcjonalność/ zdrowie fizyczne psów.

W przypadku typowej polskiej hodowli mamy jednak do czynienia z ludźmi ”z łapanki”. Bywa nawet (czego dowodem są fejsbukowe posty), że niepotrafiącymi poprawnie się wysłowić w ojczystym języku, nie wspominając o obcej wielu z nich logice… (Wystarczy zobaczyć jak mają się fejsbukowe ”dyskusje” pod wklejanymi przez tych, co mają nieco szersze zainteresowania niż ”gównoburza” [a to bardzo rzadki i poważnie zagrożony wyginięciem rodzaj psiarzy], linkami do np. anglojęzycznych tekstów o najnowszych odkryciach genetyków i ich znaczeniu dla poszczególnych i bardzo popularnych [czyli chętnie i w Polsce rozmnażanych] ras. Zdarzają się komentarze, ale rzeczowe dyskusje właściwie nie istnieją. Nie odbywają się. Bo ludzi ”z łapanki” genetyka nie interesuje – za dużo ”zawracania głowy” z badaniami i rozmnażanie przestałoby się opłacać. I rzeczywiście trzeba byłoby zacząć do niego dokładać spory ”hajs”. I nie zapominajmy, że bariera językowa nie pozwala wielu ”hodowcom” zapoznawać się z najświeższą literaturą traktującą o ”ich branży”.)

”Kulturę kynologiczną” mamy taką, jaką mamy – szkoda słów (Może ten blog coś zmieni? Nadzieja umiera ostatnia 😉 )… I między innymi dlatego właśnie mamy do czynienia z ”eksperymenciarzami”, ludźmi ”eksperymentującymi” na żywych organizmach, jakby byli naukowcami w prestiżowych instytutach. A amatorzy nie mogą działać profesjonalnie. Brak im ”zasobów”; wykształcenia, wiedzy, dostępu do laboratoriów, profesjonalnych, rzetelnych badań, finansowania etc. Jednak, mimo swoich braków, pseudoprofesjonalnie, poprzez tzw inbred, linebred itp., modyfikują psy, co skutkuje rosnącą ilością schorowanych zwierząt.

Ewentualne ‚dodatkowe kursy dokształcające’ dla tzw hodowców, organizowane przez stowarzyszenia hodowców nie mają szans pokryć wszystkich deficytów ich uczestników. Nie można w jeden weekend (ani kilka) zrobić ”kursu z genetyki” – sorry, ale nie. To tak nie działa. Bądźmy poważni. Dalej, nawet jeśli osoba prowadząca takie ”kursy” czy ”wykłady” miałaby odpowiednie wykształcenie i np. była genetykiem lub biologiem, to jeśli nie pracowałaby w laboratorium badawczym i sama nie tworzyła w owym laboratorium bazy pod jakąś ‚grupę testową’, dalej byłaby jedynie teoretykiem. No i powiedzmy sobie wprost: praktyk, wmawiający siedzącym przed nim przypadkowym ludziom, z nauką nie mającym nic wspólnego, jakimś paniom i panom, którzy ”hodowlą psów” np. chcą sobie dorobić do spłaty kredytu, który wzięli na 20-30 lat, na budowę domu i pieniądze ze sprzedaży szczeniaków mają im ten kredyt spłacać, za opowiadanie takim panom i paniom, że ”zupełnie bezpiecznie” sobie mogą, tak ”na lajcie” stosować inbredy itp., powinien wylecieć z posady (w tym badawczym ośrodku, w którym pracuje, o ile w ogóle w jakimś, jako praktyk pracuje). A może i jeszcze bardziej odpowiedzieć za szkodliwość swojego działania, bo opowiadanie dyrdymałów nijak miałoby się do tego, z czym na co dzień taki praktyk by się stykał. (A, i pamiętajcie o zasadniczej różnicy: czasem [raczej za granicą] właśnie np. psy, które urodziły się po to, by stać się częścią jakiegoś eksperymentu, można po zakończeniu badań, przekazać do adopcji i te zwierzaki znajdują domy, są ”wyadoptowywane”. U nas bywa, że psy, które rodzą się w wyniku ”eksperymenciarstwa” ludzi ”z łapanki” są sprzedawane nabywcom jako ”efekty przemyślanej pracy hodowlanej, wykonanej dla dobra rasy”…)

Czy można dziwić się tym, którzy twierdzą, że chęć utrzymywania potencjalnych klientów na szczenięta w przekonaniu, że ”ci wszyscy ludzie to profesjonaliści”, ma na celu umożliwienie im, tym ”profesjonalistom”, poprzez utrzymywanie tego rodzaju środowiskowej narracji, łatwej sprzedaży szczeniaków po cenach odpowiednio wyższych, niż te, które oferują hodowcy-sprzedawcy zrzeszeni w innych niż Związek Kynologiczny w Polsce stowarzyszeniach? W tych ”innych stowarzyszeniach”, o których, wnioskując z treści (burzliwych i gorących, gdyż ta tematyka, w przeciwieństwie do genetyki, podnieca prawie wszystkich ”specjalistów”) fejsbukowych dyskusji, snujący wizje i pragnienia o prawnym ustanowieniu ich monopolistami, członkowie ZKwP, mówią iż to ”stowarzyszenia pseudohodowane”, a zarejestrowani w nich hodowcy, to ”pseuduchy”, gdyż ”nie spełniają kryteriów, które spełniają hodowcy z ZKwP”. Jakich kryteriów? Skoro ten rynek, rynek kynologiczny, rynek rozmnażania, sprzedawania i nabywania psów o tzw udokumentowanym pochodzeniu (a co z DNA?), psów konkretnych ras, jest w Polsce, zwłaszcza z punktu widzenia pierwszego z brzegu potencjalnego konsumenta, kompletnie nieuregulowany. Co wyjątkowo ważne, przy okazjach, gdy szeregowi członkowie ZKwP określają hodowców należących do pozostałych kynologicznych stowarzyszeń i organizacji, mianem ”psuduchów”, oficjalnie władze tego najstarszego w Polsce stowarzyszenia hodowców rasowych psów, nigdy nie wypowiadały się źle o innych, nowych stowarzyszeniach i organizacjach ani inicjatywach kynologicznych tworzonych bez powiązań z ZKwP. Władze Związku Kynologicznego w Polsce nigdy nie zajęły stanowiska, w którym choćby ”otarły się” o szkalowanie ”nieswoich hodowców”. To jasne, że władze stowarzyszeń, w tym i ZKwP nie mają możliwości kontrolowania zachowań i wypowiedzi wszystkich ani nawet części swoich członków. I nikt trzeźwo myślący nie oczekiwałby tego typu kontroli. Z drugiej jednak strony władze ZKwP nigdy także nie korygowały swoich ”podopiecznych”, uzmysławiając im, że gdy ci najzapalczywsi, przy pomocy internetowych for, walczą na froncie iście ”ideologicznej wojny” ze ”śmiertelnym wrogiem”, w którym widzą każdego, nie-wyznawcę ”jedynie słusznych rozwiązań”, otwarcie zwalczając konkurencję, najbardziej godzą we własną organizację . (Wątek mitów na temat tego, dlaczego hodowcy rozmnażający psy pod szyldem najpopularniejszej w Polsce organizacji hodowców, są ”naj”, nie jest w tym wpisie potraktowany osobno, bo nie jest to chyba potrzebne, ale zahaczymy o ten temat w dalszej części tekstu, min przy pomocy serii 9 grafik ”Profilowanie genetyczne w kontekście potwierdzenia uczciwości”.) Przyznam też, że nie jestem przekonana co to tego, czy w tych ”innych” stowarzyszeniach, także należących do międzynarodowych federacji kynologicznych, rzeczywiście jest ”taniej”. Po prostu nie sprawdzałam tego. Być może ”jest taniej”. Jeśli tak, to może chodzi o to, by pokazać konsumentom, że za psa popularnej w Polsce rasy, psa z certyfikatem potwierdzającym pochodzenie, można zapłacić mniej niż za psa tej samej rasy bez certyfikatu DNA? Z pewnością warto jest to sprawdzić.

Jak skwitowała temat ”amatorskiej hodowli” jedna z niewielu osób, z którymi o KYNOLOGII (a nie ”psiarstiwe”), miewam okazje od czasu do czasu rozmawiać: ”Modyfikowanie eksterieru w formie, w której robi to (tak im wychodzi) znacząca część hodowców prowadzących te amatorskie hodowle, przypomina działanie w rodzaju położenia instalacji elektrycznej, po przeczytaniu książki o tym ”Jak położyć instalację elektryczną?”. Nieważne, że nie posiadasz uprawnień, w książce jest napisane, że niekoniczne są różnicówki przy obwodzie 20m2, u ciebie obwód ma 23m2, ale ”te 3m to taki margines”. Działa… Do czasu. Nie będę już nawet rozwodzić się nad tym, że większość z tych ludzi, tych hodowców-amatorów, a raczej najzwyczajniejszych w świecie rozmnażaczy, nie wyciąga wniosków logicznych ze swoich czynów.”

Co ciekawe rynek kynologiczny, wciąż przecież amatorskiej hodowli, hodowli prowadzonej przez nie-naukowców, inaczej wygląda poza granicami Polski, np. w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii… Hodowcy psów z całego świata bardzo chętnie sięgają po fachową, szczególnie anglojęzyczną literaturę z zakresu genetyki i usprawniania, podkreślmy: amatorskiej hodowli psów rasowych. Hodowcy nie szczędzą wydatków na zdobywanie informacji wynikających z badań psów, których w swoich hodowlach do rozrodu używają. I coraz częściej nie wstydzą się publikować informacji nie tylko o tym, że ”wszytko jest super”, ale i takich, z których jasno wynika, że u któregoś ze swoich psów wykryli coś, co nie pozwala im użyć go w hodowli. Bo tylko tak, poprzez transparentność, można rzetelnie i wiarygodnie budować mapę swojej hodowlanej linii. Publikacje na stronach takich jak np. https://www.instituteofcaninebiology.org/ cieszą się wielkim, niesłabnącym zainteresowaniem i ich przyswajanie przez hodowców jest na porządku dziennym, nie jest ”dodatkową pracą”, jest codziennością pasjonującego się kynologią hodowcy amatora.

Amatorskie hodowle rasowych psów, choć hodowcy rozmnażają psy i sprzedają je (swój towar), a nabywcy (czyli konsumenci) je od sprzedawców-hodowców kupują, nie są traktowane jak ”profesjonalne firmy usługowe”/”zakłady produkcyjne”. Jakże mogłyby być tak traktowane, skoro do ich prowadzenia nie jest wymagane ani specjalnie wykształcenie, ani posiadanie odpowiedniego terenu, czy infrastruktury. Ani jakiekolwiek potwierdzenie, że naprawdę ”pracuje się” na ”komponentach” wskazanych w metrykach i rodowodach psów. ”Komponentach”, o których mówi się konsumentowi, że z nich ”zrobiony” jest szczeniak, którego ten kupuje – nie istnieje wymóg genetycznych badań potwierdzających treści metryk i rodowodów. (Choć dla porządku należy zaznaczyć, że kynologiczny świat się zmienia, zasuwa do przodu w iście imponującym tempie. W efekcie wymóg ten nie istnieje w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce (ZKwP), natomiast jest normą w przynajmniej niektórych z innych polskich związków kynologów, organizacjach o krótszym od ZKwP stażu, jak np. min. Polski Klub Psa Rasowego, Stowarzyszenie Właścicieli Kotów i Psów Rasowych, Polska Federacja Kynologiczna (ale do tego wątku szerzej przejdziemy w nieco dalszej części tekstu). Przywykliśmy do stanu, w którym na polskim rynku kynologicznym nie jest wymagane także przestrzeganie ściśle określonych kryteriów dotyczących produkowanego ”towaru” – nie jest wymagana pewność pochodząca z wyników określonych badań, iż zwierzęta, które się rozmnaża, są zdrowe nie tylko w znaczeniu takim, że nie są chore na choroby zakaźne, ale i że wolne są od wrodzonych wad typowych dla swojej rasy, które czynią z nich zwierzaki niepełnosprawne – specjalnej troski. Konsumenci przez lata słuchali, że, gdy chodzi o tego rodzaju nieobowiązkowe badania w odniesieniu do całych populacji a nie tylko pojedynczych osobników, ”Związek tego nie wymaga”’ i na tym się tego rodzaju dyskusje kończyły. Czasy się zmieniają… I chyba wypada podkreślić, że znamienna fraza ”Związek tego nie wymaga” to sformułowanie, które trudno usłyszeć od kogoś z organizacji innej niż ZKwP.

”Kwalifikacje hodowlane”, w kontekście kynologicznym, dotyczące przygotowania osoby, która chce psy rozmnażać, do tego by, upraszczając ”robiła to z głową”, w prawie polskim nie istnieją. Nie ma przepisów, które określają, jaką (i że w ogóle) ścieżkę edukacyjną musi przejść osoba, która zamierza rozmnażać psy i… modyfikować ich fenotyp. Nie istnieje temat ”uzupełnienia kwalifikacji” jako warunku na prowadzenie hodowli psów rasowych. W konsekwencji, w odniesieniu do obowiązujących w Polsce przepisów, hodowcą może zostać praktycznie każdy. Oznacza to, że do woli, każdy tzw hodowca możne modyfikować fenotyp psów o tzw udokumentowanym pochodzeniu, czyli bardzo luźno i indywidualnie interpretować sobie wzorzec rasy, którą rozmnaża. I sprzedawać szczeniaki nabywcom, czyli konsumentom towaru, jako ”wzorcowych przedstawicieli rasy”, niezależnie od ewentualnych dziedzicznych obciążeń, którymi są one obarczone ani tego, jak bardzo, już na etapie szczenięctwa, zdradzać będą, że w przyszłości nie mają szans wyrosnąć na osobniki zgodne z wymogami wzorca swojej rasy. (Na co wskazują nieprawidłowości anatomiczne, możliwe do zaobserwowania już na tym wczesnym etapie.) Można ów nieszczęsny fenotyp modyfikować (nie tylko nie mając dostępu do laboratoriów i nie rozumiejąc zasad, którymi rządzi się genetyka), ale choćby bez opierania się na podstawowej wiedzy o osobnikach, które się rozmnaża: nie znając nawet ich profilów DNA. I Można robić to aż tak nieudolnie, ”starając się” naśladować naukowe metody hodowlane stosowane przez naukowców. Metody hodowlane, których wielu z tych tzw hodowców psów nawet nie rozumie, co nie przeszkadza im zawzięcie ”kłapać dziobem” o ”zawężaniu puli genetycznej”, gdy zwraca się im uwagę, na oczywistość że osobniki obciążone, pochodzące z ciągnących się od lat ”linii”, z ”planów hodowlanych” należy bezwzględnie eliminować. W wyniku tego stanu rzeczy, masy jakichś przypadkowych ludzi produkują mnóstwo psów, a to (co najmniej w niektórych rasach) skutkuje rosnącą ilością schorowanych zwierząt.

”Kwalifikacje hodowlane” to dla dzisiejszych psiarzy kwalifikacje, które nabywają ich psy – nie oni. Oni, ci tzw hodowcy w istotnej części, w swoim mniemaniu są jak ”płatki śniegu” – ”wyjątkowi i niepowtarzalni, doskonali takimi, jakimi się urodzili”. Polskie społeczeństwo przywykło myśleć, że ”wszystko co w Polsce dotyczy rasowych piesków wiąże się z ZKwP”. I tak jest też w przypadku najpopularniejszych wystaw psów, tych cieszących się największym zainteresowaniem, które organizowane są właśnie przez to stowarzyszenie. Psy, uprawnienia zdobywają drogą wystaw. Wystaw, które w istocie są tylko show. Imprez, podczas których sędziowie kynologiczni, subiektywnie, w oparciu jedynie o swoje indywidualne wrażenia i interpretacje wzorców ras oraz tego co jest ”estetyczne”, sympatie i antypatie, wybierają ”najpiękniejsze okazy”. (Żale na temat tego, jak wygląda przyznawanie ocen i tytułów wystawowych, tego kto wygrał a kto przegrał, ”który ‚koniec smyczy’ został oceniony” etc., są częstym tematem postów zamieszczanych na grupach przez hodowców i posiadaczy psów, zgłaszanych na wystawy FCI.)

Na wystawach ma być miło i nikt na tych wystawach nie pyta o wyniki zdrowia psów na nich pokazywanych. Wyniki dotyczące; dysplazji stawów i innych schorzeń aparatu ruchu, chorób serca, oczu, trzustki, tarczycy, nerek, głuchoty itp., bo nie po to są urządzane te konkursy, by weryfikować wyniki takich badań. Nie chodzi w nich o to, by poprzez nie wyłaniać osobniki, o których wartości hodowlanej na podstawie przeprowadzonych, certyfikowanych badań wiadomo najwięcej. Kwalifikacje hodowlane, czyli dopuszczenie danego osobnika do rozrodu, zależy od tego, czy na iluś tam wystawach dostanie wystarczającą ilość odpowiednich ocen za sam wygląd. Kwalifikacje hodowlane psy, zdecydowanie rzadziej, zdobywają też podczas tzw przeglądów hodowlanych. W tym i tych ”specjalnych”, na które prowadza się psy w ZKwP, psy min. z ”wadami nabytymi”, w których to definicji, zdaniem ZKwP, mieszczą się też psy celowo okaleczone chirurgicznymi zabiegami zmieniającymi ich wygląd tj. kształt, wielkość, sposób noszenia uszu i/lub ogonów, których na wystawach już tak swobodnie, jak jeszcze w 2015 roku, pokazywać nie można. Oraz elementem kwalifikacji hodowlanej są także, ale tylko dla niektórych ras, testy psychiczne dla psów (nie ich właścicieli…), które ZKwP organizuje. To nie jest tak, że udział danego psa w wystawie jest swego rodzaju ukoronowaniem, ”wisienką na torcie”. Że pies, którego się na wystawie pokazuje jest wcześniej wyselekcjonowany jako ”absolutnie wolny od wrodzonych wad typowych dla jego rasy”. (Przecież w wystawach biorą udział nawet szczenięta.) Że ”na 100% został przebadany i jest jasne, że używanie go w hodowli jest bezpieczne”. I dlatego można z nim iść na konkurs piękności i ”stawać w szranki z także wyselekcjonowanymi, najdoskonalszymi pod względem fizycznego i psychicznego zdrowia oraz pożądanego wyglądu, osobnikami”. Nie, wystawy psów to tylko show, a nie element kwalifikacji hodowlanej, rozumianej jako ”przegląd hodowlany, opierający się o tzw dowody z natury, czyli wyniki badań pokazywanych na nich psiaków”.

Nie mając możliwości stosowania metod hodowlanych a jedynie ”w ciemno”, bo nawet bez profilu DNA je naśladując i nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że błądzi się po omacku albo wręcz z powodu zadufania i arogancji kompletnie ten fakt ignorując, nie ma się warunków na to, by kontrolować tę nieszczęsną ”pulę genetyczną”, z której tak dumni są tzw hodowcy i ustrzec rozmnażane przez siebie psy przed depresją inbredową. Depresją inbredową, która w takich warunkach, dla państwa tzw hodowców, staje się czymś odległym, niedotyczącym ich hodowli, nierealnym, trudnym do uwierzenia i nieprawdopodobnym, jak ”bajka o żelaznym wilku”, a wreszcie mitem…

Hodowle psów rasowych prowadzą bardzo różni, nierzadko bardzo przypadkowi ludzie. Ludzie nieposiadający kierunkowego wykształcenia, a więc kwalifikacji, zaplecza intelektualnego ani finansowego i z tego powodu nie mogący być traktowani jako profesjonaliści – nie mieszczą się w tej kategorii. Nie są więc hodowcy i ich hodowle psów rasowych (także w społecznej świadomości) traktowane jak ”profesjonalne firmy usługowe/producenci towarów” i nie są jak one opodatkowane… No, właśnie. Pretensje do bycia postrzeganymi jako ”profesjonaliści” są duże, ale opodatkowanie działalności polegającej na ”produkowaniu psów” jest ”amatorskie”…

Gdy przechodzimy do rozliczeń z Urzędem Skarbowym także, a raczej przede wszystkim dla ściągającego podatki Urzędu, hodowcy ci są amatorami. ”Przypadeq?” Niezależnie od tego w jakiej organizacji hodowców działa hodowca ”produkujący” i sprzedający rasowe psy, jest hodowcą prowadzącym ”amatorską hodowlę psów rasowych”. Hodowla amatorska jest tak, w ten sposób zakwalifikowana, bo ”nie przynosi zysków”. Poważnie? (Pamiętajcie o tym, czytając treść min. grafik zatytułowanych ”Zamarzyło się”.) Zakwalifikowanie tego typu zajęcia, czyli rozmnażania i sprzedawania konsumentom towaru w postaci psów rasowych (towaru, z którego dochód jest zazwyczaj nieewidencjonowany), jako hodowli amatorskiej, sugeruje, że takie ”rozmnażanie psów, nie przynosi zysków”. I tak buduje się u polskiego społeczeństwa, u konsumentów towaru/rzeczy ”pies rasowy”, wrażenie, przekonanie wręcz, że ”hodowla psów jest zajęciem niedochodowym”. A przecież, zakupując psa rasowego, jego nabywca zobligowany jest zapłacić podatek od wzbogacenia się, na poczet przyszłych ”możliwości finansowych, które potencjalnie daje mu zakupienie owego rasowego psa”…

”Działy specjalne produkcji rolnej” -hmm… Rolników dotyczy coś takiego jak ”kryterium kwalifikacji rolniczych”, a hodowców psów, którzy rozliczają się jako tacy ”specjalni rolnicy”, nie dotyczą żadne tego rodzaju wymogi. Wierzycie w to, że skoro stan prawny dotyczący rozmnażania rasowych psów w Polsce, wygląda właśnie tak, to ”hodowla rasowych psów jest zajęciem niedochodowym”? W sieci znalazłam coś takiego: ”Sąd Najwyższy w jednym z wyroków stwierdził, że „prowadzenie działalności rolniczej […] oznacza prowadzenie na własny rachunek przez posiadacza gospodarstwa rolnego działalności zawodowej, związanej z tym gospodarstwem, stałej i osobistej oraz mającej charakter wykonywania pracy lub innych zwykłych czynności wiążących się z jego prowadzeniem”. ”Kupujecie”, że to ”przypadek”, że od tylu lat nikt się na poważnie nie wziął za sprawdzenie tego kynologicznego rynku i dokładnie nie policzył, jak to jest z tymi pieniędzmi z rozmnażania psów? Dochody z hodowli psów w przeważającej części są nieewidencjonowane, nie wiadomo więc co jest przychodem, co rozchodem… A typowego tzw hodowcę rasowych psów z rolnikiem łączy już chyba tylko tyle, że też, od czasu do czasu, gówna musi z ”zagród” posprzątać. No, bo co np. jakąś dziuńkę z brwiami odrysowanymi od szklanki i szponami z dżecikami, która w blokowym mieszkaniu albo domu na kredyt, jednej pelargonii nie ma i puszcza miocik za miocikiem jakiejś modnej i dobrze się sprzedającej mini-mikro albo tzw groźnej rasy, łączy z produkcją rolną?

Jako nabywca muszę zapłacić podatek od wzbogacenia się, bo zakup psa rasowego, potencjalnie może przynieść mi korzyść, kiedy zacznę go rozmnażać, ale jak już dostaję patent na rozmnażanie, czyli gdy mój pies uzyskuje hodowlane uprawnienia, a ja zostaję tym ”hodowcą” i mogę psy sprzedawać, to już mi ta ”hodowla korzyści nie przynosi”, już mi się wtedy ”nie opłaca”… No, błagam! To się nie klei. (Na marginesie: najwięcej ”korzyści” zakup rasowego psa przynosi nabywcom, którzy aby pies mógł w ogóle ”jako tako” funkcjonować, muszą zainwestować mnóstwo pieniędzy w jego leczenie.)

Spotkałam się z opinią, że ten sposób opodatkowania hodowli rasowych psów, czyli w ramach ”działów specjalnych produkcji rolnej”, miał być swego rodzaju ”ukłonem w stronę hodowców rozmnażających psy rasowe a nie kundle i mieszańce”. Że to taka ”nagroda” za to, że ktoś nie rozmnaża w celach zarobkowych kundelków, tylko rasowe psy – odłóżmy na chwilę kwestię definicji ”psa rasowego”. Tak jakby ”produkowanie” psów miało być wartością samą w sobie i po prostu ”kanalizujemy tę produkcję w taki sposób, że namawiamy ludzi, by rozmnażali i pieniądze robili tylko na psach rasowych”. Do mnie takie postawienie sprawy nie trafia zupełnie. W Polsce nie było, nie ma i raczej nigdy nie będzie popytu na kundelki i mieszańce. Bo klient chce psa rasowego, który wygląda Jakoś Tam i ma Jakieś Tam przewidywalne i przez niego pożądane cechy/predyspozycje. Chyba, że -wróćmy teraz do definicji psa rasowego- chodziło w tym złożeniu o to, by nie dopuścić do rozwoju konkurencji i tym ”rasowym” psem miałby być i pozostać tylko pies z jakąś konkretną ”metką”…

Zauważyliście tę specyficzną ”tendencję”? Ludzie biorą kredyt na dwadzieścia-trzydzieści lat, żeby wybudować/kupić i wyremontować/wykończyć dom i wtedy właśnie zostają hodowcami psów rasowych. Coś tu ”nie halo”, co? Nikt nie bierze sobie na łeb dodatkowych wydatków w postaci iluś tam rasowych psów, jeżeli właśnie spłaca spory kredyt. No, chyba, że jednak kasą za sprzedaż szczeniaków spłaca sobie ten kredyt…

Sentyment za starymi czasami?

Czy trwanie przy ‚amatorskości’ można tłumaczyć np. sentymentem do sukcesów, które w czasach komuny odnosili polscy piłkarze? Jak ostatnio w jednym ze swoich programów przypomniał aktor Cezary Pazura, ”za komuny polski zawodnik nie mógł grać w klubie zagranicznym, mógł grać tylko w Polsce i musiał być amatorem”. A przecież piłkarze zawodowo grali w piłkę (i byli zawodnikami na wysokim poziomie). Znany aktor z typowym dla siebie urokiem podkreślił, że taki piłkarz musiał być amatorem, bo w komunistycznej Polsce sport był amatorski: ”Bo komuniści to tylko amatorzy i z miłości do sportu brali się za sport, a tak to chodzili pracować do kopalni”… [Link do programu: https://www.youtube.com/watch?v=Cqyg0rhHOzg]

Tak, czy inaczej faktycznie, za komuny zarówno podejście do ‚amatorskości’ jak i ‚profesjonalizmu’ było bardzo specyficzne. Byli przecież i tacy ”namaszczeni”, którzy np. ”studia prawnicze” kończyli w kilka miesięcy, na ‚specjalnych kursach’ w Związku Radzieckim…

Wasza kolej, drodzy przyszli nabywcy psów rasowych, teraz wy zróbcie ”eksperyment”: poszukajcie w sieci i wybierzcie sobie hodowcę psów z grona prawdziwych rolników. Wiecie, z grona ludzi, którzy żyją na wsi i prowadzą gospodarstwo rolne, mają uprawy i/lub hodują jakieś zwierzęta gospodarskie, owce, czy coś… I z tego żyją. Mają teren dla psów i stać ich na to, by te psy utrzymywać na naprawdę dobrym poziomie. Dodatkowo mają też doświadczenie wynikające z prowadzenia hodowli zwierząt gospodarskich (znajomość zasad genetyki etc.), które wykorzystują w hodowli psów. Są tacy. Ale sprawdźcie sobie ilu jest takich hodowców, u których sposób rozliczenia w ramach ”działów specjalnych produkcji rolnej” nie zaskakuje i nie ”razi”. Ilu jest takich hodowców, którzy amatorsko hodować psy mogą rzeczywiście w ramach hobby, pasji, ”fanaberii”, bo co innego jest dla nich źródłem dochodów, z czego innego, nie psów, żyją. I na swoją pasję/hobby/fanaberię mają pieniądze i je w owo zajęcie inwestują. Wybierzcie sobie takiego hodowcę, który wystawi wam fakturę. Namawiam też: sprawdźcie ilu jest hodowców prowadzących zwykłą działalność gospodarczą i rozliczających się w ramach księgi przychodów i rozchodów, hodowców ewidencjonujących kwoty otrzymywane, gdy sprzedają szczeniaki poszczególnym nabywcom-konsumentom towaru ”pies rasowy” i kwoty, które wydają na utrzymanie swojej hodowli.

Chyba rozumiecie już dlaczego tak cenni są ci z hodowców amatorów, którzy badają psy, których używają do rozrodu, chociaż przecież ”nie muszą”. Tylko z takimi ludźmi warto rozmawiać, gdy szuka się dla siebie psa rasowego, reszta to… Sami sobie znajdźcie właściwe określenie.

”Zatrudnię w profesjonalnie prowadzonej hodowli”

To, co posłużyło za motyw kolejnych grafik, to dyska z fejsikowej tzw kynologicznej grupy, w której kiedyś zdarzyło mi się uczestniczyć. Dyska typu ”top of the top”/ ”creme de la creme”. Jest taki typ osób, które są… No, po prostu niezbyt lotne. I inne nie będą. Panie, które mój performance najbardziej pobudził do obnażania ich ”jestestw” oraz bazowego problemu polskiej kynologii, stanowią przykład postaw i zachowań, których należy w kynologii unikać. Jedyny facet, który bierze udział w rozmowie, wyraźnie zaznaczył tym ”intelektualistkom” w czym rzecz. Ale one nie załapały. I (co najbardziej żenujące) nie ogarnęły, że nie powinny w ogóle zabierać głosu… Trzy normalne babki ‚skumały bazę’ od razu. I w tym rzecz: trzy. A fejsbukowe kynologiczne fora pełne są kobitek parających się tzw kynologią. Są jak ”kurniki” – pełno w nich ptaszyn kokoszących się, dziobiących wzajemnie, zmieniających opierzenie i wygładzających piórka na kuprze. Kurniki, w których czeluściach ”od święta” jesteś w stanie wyłonić jakiegoś, no, niech będzie: ”koguta”. Ta rozmówka dla mnie była jedną z ostatnich, w które się ”zaangażowałam” i które zeskrinowałam – grzechem byłoby tego nie zrobić, gdyż jest tą z kategorii ”Przeczytasz jedną i wiesz już wszystko”. Powinnam od razu podkreślić, iż widząc ogłoszenie dotyczące ”pracy w hodowli”, ”przyuczenia do zawodu” i ani słowa o umowie między tym hodowcą-pracodawcą i jego pracownikiem, uznałam, że powstrzymanie się od owego performance byłoby nie lada stratą. Gdyż, wybaczcie, po prostu już od bardzo dawna nie …’współczuję’ osobom, które są aż tak aroganckie ani tym, które nie łapią ani ‚bazy’, ani sarkazmu. Uważam natomiast, że tego rodzaju ograniczenia jakie ”miłe panie”, zaangażowane ”w wyjaśnienie mi ‚tajemnic’ opodatkowania amatorskiej hodowli psów rasowych”, zaprezentowały, są bardzo dobrym kryterium selekcji… Postawa tych pań dosyć dobrze oddaje nastawienie osób zajmujących się rozmnażaniem rasowych psów, odnośnie tzw kwestii finansowych, rozumianych jako ”rozmowy o formie opodatkowania amatorskiej hodowli psów rasowych”. (Kolejny raz potwierdziło się, że aby naprawdę kogoś poznać, dowiedzieć się co siedzi w danej osobie, wystarczy temu komuś dać się poczuć ”panem/panią sytuacji”, niech myśli, że jest ”rozgrywającym” – i wszystko stanie się jasne.)

O tabu amatorskiej hodowli psów rasowych, która opłaca się zupełnie ”jakoś tak nieamatorsko”, szczególnie tym, którzy nie mają zajęcia innego niż ”hodowla rasowych psów”

Tzw hodowcy nie muszą psów sprzedawać i ”narażać się” na ”żale” ludzi, którzy od nich psy kupują. Zacznijmy od tego, że nie muszą psów rozmnażać, bo ”nikt im pistoletów do głów nie przykłada”, by swoje psy rozmnażali. Robią to, bo chcą. Spełnia to w jakiś sposób ich egoizm. Rozmnażają psy, bo im się to opłaca. Bo jest (jak niektórzy podkreślają niekontrolowany przez państwo) rynek na rasowe psy a tzw hodowcy chcą w tym rynku uczestniczyć. Przy czym znacząca część tych najaktywniejszych w internecie, marzy o uczestniczeniu w owym kynologicznym rynku w ramach monopolu jednej organizacji. Czyli stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, do którego należy przeważająca liczba osób zajmujących się w Polsce rozmnażaniem rasowych psów i z największym zaangażowaniem zamieszczających posty na kynologicznych forach Serwisu Facebook. (Lub, gdy tematy rozmów choćby jedynie dotykają problematyki ”psa rasowego” w jakimkolwiek miejscu tego Serwisu.) Musicie zdawać sobie sprawę, iż zapędy zaangażowanych w ZKwP, by formalnie, drogą legislacyjną, przez aktywny (ale na szczęście wciąż nieodnoszący skutku) lobbing w Sejmie, uzyskać dla tego stowarzyszenia rolę ”instytucji” i tym samym w praktyce zalegalizować monopol, którego w tej chwili, z uwagi na brak zainteresowania organów państwowych, a co za tym idzie odpowiednich przepisów, bardzo jest to stowarzyszenie blisko, to niebezpieczne dążenia i należy im przeciwdziałać.

Ostatnimi czasy ZKwP lobbowało i może wciąż lobbuje za zmianami w Ustawie o Ochronie Zwierząt, dążąc do legislacyjnego określenia rasowości psa. Jeżeli Związek Kynologiczny w Polsce dostanie to pojęcie na wyłączność, zawłaszczy określenie ”pies rasowy”, to w Polsce ”psem rasowym” będzie tylko ten z papierami wydawanymi przez ZKwP i uznawanymi przez FCI. Zasady wolnego rynku oraz istnienie innych międzynarodowych federacji kynologicznych zostaną zignorowane. Pozostałe organizacje i stowarzyszenia zrzeszające legalnie, w myśl obowiązującego u nas prawa, działających hodowców psów (którzy z wielu względów nie chcą być członkami ZKwP i zdecydowali się swoją działalność realizować w innych organizacjach) z automatu, z dnia na dzień staną się nielegalne a hodowcy zostaną ”pseudohodowcami”. Dokumenty, czyli metryki i rodowody wydawane przez te inne organizacje, staną się nieważne. ZKwP swoje dążenia usprawiedliwia tym, że ”do Fédération Cynologique Internationale (FCI), czyli Międzynarodowej Federacji Kynologicznej może należeć tylko jedna ‚organizacja’ z danego kraju”. Że ”tylko jedno stowarzyszenie z Polski może być członkiem FCI” (tych członków FCI ma 86, po jednym z danego kraju). Tyle, że FCI nie jest jedyną na świecie międzynarodową federacja kynologiczną.

FCI przyjęło zasadę, że do ich struktur może należeć tylko jedna federacja zrzeszająca organizacje hodowców psów w danym kraju, które to organizacje wzajemnie uznają wydawane przez siebie dokumenty i z sobą współpracują. Jak widzicie przypadek Polski jest dosyć wyjątkowy, ponieważ u nas chodzi o tylko jedno konkretne stowarzyszenie (ZKwP), a nie organizację dowolnej liczby stowarzyszeń/klubów/organizacji połączonych w jednej federacji, która wchodzi do FCI. A poza tym, jak już zaznaczyłam, FCI nie jest jedyną międzynarodową federacją kynologiczną na świecie. Jest największą i może zabiega o monopol, ale to nie jest jedyna federacja. To jest po prostu ta federacja, do której należy najdłużej działające w Polsce stowarzyszenie hodowców psów, ale nic ponad to.

Gdyby tzw hodowcy byli takimi altruistami, jakimi czasem lubią się kreować, szczególnie na fejsbukowych grupach kynologicznych, przy okazji ”trudnych tematów”, jak; ”Odpowiedzialność hodowcy względem nabywcy”, ”Wady (fizyczne) zwierząt”, ”Prawa i obowiązki hodowcy” oraz ”Czy na hodowli rasowych psów można zarobić?” etc., które to pojawiają się przy postach dotyczących np. niewydolności układu oddechowego, dysplazji stawów, pytań o opłacalność hodowli itp., oddawaliby szczeniaki za koszt wykonanych szczepień, zadowoleni, że efekty ich ”pasji” (tej do ”wnoszenia czegoś do rasy”), znalazły bezpieczne domy na całe życie. Że owe domy znalazły psy nie tylko co najmniej poprawne w kontekście wymogów wzorca danej rasy, ale i ”brzydkie jak noc”, od tego wzorca bardzo odbiegające**. Psy fizycznie zdrowe oraz niezdrowe (których koszty utrzymania niekiedy bardzo znacząco odbiegają od standardu wydatków na rasowego psa, który jest przedstawicielem rasy, która takimi schorzeniami obarczona nie jest lub po prostu jest osobnikiem od wrodzonych wad wolnym). Psy o zrównoważonej psychice oraz psy z zaburzeniami dziedziczonymi po niezrównoważonych przodkach; przesadnie lękliwe lub alarmująco agresywne, obarczone neurozami (które także są dla ich właścicieli przykrą niespodzianką). Nie czarowaliby klientów opowieściami o ”tytułach”, ”wygrywanych wystawach” i ”zazdrosnej, gotowej na wszystko konkurencji”. Ani nie robiliby ”tak atrakcyjnych graficznie” zapowiedzi miotów i nie wymyślali ”Jak zrobić zdjęcie szczeniaczkowi, żeby był taki śliczny, śliczniusi, żeby mu się nie można było oprzeć?”. I nie tworzyliby ”wymyślnych” umów, w których jedynie nieliczni z nich traktują nabywcę szczeniaka, jak równoprawnego partnera, a nie ”jelenia”, którego można ”skasować na parę tysięcy” i na tym zakończyć z owym ”jeleniem” wszelkie interakcje – albo i nie… (Ale o tym nieco dalej.)

Nie dajcie się zwariować. Publikowanie przez nabitych w butelkę, nabywców chorych psów, postów min. na fejsbukowych grupach kynologicznych, w których ci ludzie, obnażając hipokryzję a może wręcz nieuczciwość tzw hodowców, usiłują przed nimi ostrzegać kolejne osoby albo poszukują innych poszkodowanych, którzy nabyli psy obciążone jakąś poważną (tj. uniemożliwiającą psiakowi normalne życie i generującą wzrost kosztów jego utrzymania) wadą, zazwyczaj jest ostatnią deską ratunku. Gdyż tzw hodowca, do którego nabici w butelkę klienci zwrócili się w pierwszej kolejności, mówiąc kolokwialnie ”wypiął się na nich”. I to wcale nierzadko po tym, jak początkowo pomoc im obiecał, ale ostatecznie słowa nie dotrzymał.

Co kupujesz? I czy na pewno ”kupujesz”?

Czytajcie umowy, gdy ”kupujecie” szczenię, a przede wszystkim sporządzajcie umowy! Nie wchodźcie w układy ”na gębę”. I czytajcie te umowy do końca. I pilnujecie tego, kto w umowie wpisany zostaje jako właściciel psa, bo jest nowy patent na robienie nabywcy w balona i zarobienie sporej kasy na jego naiwności. Kiedyś, i w Polsce psa się po prostu sprzedawało. Czyli inkasując określoną kwotę, w podpisywanej przez strony umowie, przenoszono prawo własności z hodowcy na nabywcę. I od tej chwili psiakiem rozporządzał nowy właściciel – pies bezwzględnie stawał się własnością osoby, która go zakupiła. Tadam! I koniec. Kropka.

Albo proponowano szczenię/podrostka opiekunowi na współwłasność, na tzw warunkach hodowlanych. A co oznacza ”warunek hodowlany”, owa ”współwłasność”? Otóż, na podstawie umowy zawierającej bardzo szczegółowe zobowiązania stron (generalnie, bardziej są to zobowiązania opiekuna i/lub współwłaściciela psiaka wobec hodowcy niż odwrotnie), hodowca przekazywał zwierzaka nowemu opiekunowi bez inkasowania od niego kwoty stanowiącej, znaną obu stronom, cenę szczenięcia. Nie dlatego, że coś ze szczeniakiem/podrostkiem było ”nie tak”, ale dlatego, że hodowca uznał go za osobnika rokującego na reproduktora/sukę hodowlaną, nie decydując się przy tym pozostawić go w swojej hodowli. Od samego początku było więc jasne, że szczeniak zbywany jest w celu hodowlanym, że ma być zwierzęciem w przyszłości rozmnażanym. W warunku hodowlanym chodzi o to, by korzyść z przekazania psa innej osobie, hodowca mógł czerpać w przyszłości, np. z miotów, które ów pies da. Dlatego, przekazując psa tej innej osobie, opiekunowi i jego przyszłemu właścicielowi (o ile strony wywiążą się z umowy), hodowca-sprzedający nie inkasuje za niego określonej sumy i np. zastrzega, że formą zapłaty za niego będzie np. szczenię pochodzące z miotu po tym psie. Istotne jest, by w umowie określić formę zapłaty. To czy ma to być określona suma pieniędzy – jeśli tak to jaka jest cena za psa będącego przedmiotem umowy? Czy właśnie np. szczeniak, który urodzi się ze skojarzenia osobnika będącego przedmiotem umowy z Jakimś Innym Osobnikiem ma stanowić zapłatę? (W umowie musi być zastrzeżone, wyraźnie zdefiniowane kto wybiera psy/suki do krycia, aby nie rodziło to nieporozumień.) Albo może ceną ma być równowartość dwóch-trzech szczeniaków? (W takim przypadku należy wpisać w umowę kwotę, którą ustalamy jako równowartość tych 2-3 szczeniąt.) Wszystko to musi być w umowie wyklarowane, bo w warunku hodowlanym zapłata za psa zostaje odroczona. Z grona potencjalnych nabywców hodowca wybierał osobę, której psiaka powierzał, ale którego w sensie prawnym wciąż to on pozostawał właścicielem – nie dochodziło do przeniesienia własności. Osoba taka, ów opiekun wybrany przez hodowcę, zobowiązana była zapewnić zwierzęciu jak najlepsze (wyszczególnione w umowie) warunki bytowe, wychować je, socjalizować, szkolić itd. Oraz pokazywać je na wystawach i tą drogą uzyskać dla niego hodowlane uprawnienia, pozwalające na rozmnażanie danego osobnika i zapewnienie hodowcy korzyści płynących z wysokich cen rynkowych potomstwa takiego utytułowanego psiaka.

Umowa ‚warunek hodowlany’ zawiera sztywne postanowienia, z których jasno wynika, kiedy opiekun psa będącego przedmiotem umowy, zobowiązany jest zapłacić na rzecz hodowcy-sprzedającego konkretną kwotę lub w inny sposób wypełnić swoją część umowy, np. przekazując hodowcy szczenię, które ten sobie z miotu po swoim psie wybierze. Wtedy dopiero dochodzi do przeniesienia własności z hodowcy-sprzedającego na opiekuna-nabywcę-nowego właściciela. To może być określony czas od momentu uzyskania przez tegoż psa uprawnień hodowlanych (gdy psiak zostaje reproduktorem – od tego dnia biegnie termin). Lub od chwili, w której opiekun psa zaczyna czerpać korzyści finansowe wynikające z posiadania osobnika z uprawnieniami hodowlanymi, tj, gdy sprzeda pierwszego szczeniaka pochodzącego z miotu po tym psie lub zaliczy z nim pierwsze krycie. Albo też opiekun-przyszły nabywca i hodowca-sprzedający mogą się umówić, że warunek tej odroczonej sprzedaży psa, wypełni się, gdy hodowca psa będącego przedmiotem umowy, wybierze sobie z miotu po tymże psie szczenię, którego wartość strony uznają za tożsamą z wartością psa, który jest przedmiotem umowy ‚warunek hodowlany’.

Pamiętajcie, że możecie stać się opiekunami psiaka z wadą, która uniemożliwi mu w przyszłości uzyskanie uprawnień hodowlanych. Zabezpieczcie więc swoje interesy i zawrzyjcie w umowie z hodowcą-sprzedającym rozwiązanie dla takiej ewentualności. Pamiętajcie, że jesteście w tej umowie partnerem a nie ”popychadłem” i że, gdy pies okaże się cierpieć na wrodzone schorzenie (cechy dysplazji, dysplazja) /posiadać wadę dyskwalifikującą go z hodowli (nieprawidłowy zgryz/wnętrostwo itp.), wasze plany wobec niego ulegną drastycznej zmianie i hodowca musi wam zadośćuczynić. Dokładnie tak samo, jak wy jesteście zobowiązani zadość uczynić hodowcy, gdy np. nie upilnujecie psa będącego przedmiotem umowy i dopuścicie do tego, by ”wpadł pod samochód”.

Praktyka pokazuje, że samiec przekazany opiekunowi na zasadzie współwłasności praktycznie zawsze pozostaje własnością hodowcy (bo samiec może kryć -‚zarabiać na siebie’- tak długo, jak zachowa płodność). I to hodowca decyduje o losie, także a może przede wszystkim wystawowo-hodowlanym danego psa (kiedy i które wystawy pies ma zaliczyć, ceny za krycie itp.). Gdy umowa taka dotyczy suki, ta na własność opiekuna przejść może dopiero po tym, jak, pod przydomkiem hodowcy, jej opiekun -to, kto nim jest, gdy suka jest w ciąży a potem opiekuje się szczeniakami musi być wyraźnie zapisane w umowie, także z uwagi na koszty, które niesie opieka nad szczenną suczką- odchowa określoną w umowie ilość miotów. Należy podkreślić, że żądanie przeniesienia suki z jej stałego domu do hodowcy, na okres kilku tygodni przed porodem i po nim, nie należy do rzadkości. (Dlatego właśnie ten aspekt także musi zostać uwzględniony w umowie – im bardziej umowa jest szczegółowa, tym łatwiej jest się z niej wywiązać i tym mniej stresów owo wywiązywanie za sobą pociąga.) Z jednej strony ”doświadczony hodowca” jest bardziej kompetentną osobą do asystowania suce podczas porodu i potem, gdy opiekuje się ona szczeniętami, jednak z drugiej… Przeniesienie takie oznacza, że w tym dla wielu suczek psychologicznie wymagającym okresie, naraża się je na dodatkowy stres. Pamiętajcie, że dla niektórych suk samo krycie może być dosyć nieprzyjemnym zdarzeniem. Dzieje się tak, gdy ”hodowcy” do psów podchodzą jak do przedmiotów i zapominają, że i w psim świecie odbywają się gody. Pies i suka powinny móc się poznać, przebywać ze sobą jakiś czas po to, by uniknąć sytuacji, w której suka, która dotąd żyła ”wychuchana” w domu swojego opiekuna, nie doznała urazu psychologicznego, gdy stado obcych dla niej ludzi, wepchnie w ją w zupełnie niezrozumiałą dla niej sytuację, unieruchomi, a pies, którego nie zna, ”zaprawiony w boju reproduktor”, po prostu na nią wskoczy. Potraktowanie suczki jak rzeczy, powoduje czasem poważne problemy przy odchowywaniu szczeniąt. Niektóre suki mają ”kłopot z instynktem macierzyńskim” – brak godów, całej otoczki związanej z prawidłowym (w sensie psychologicznym) przebiegiem krycia, powoduje, że nie rozumieją sytuacji, nie wiedzą co się dzieje, gdy rozpoczyna się poród oraz nie umieją zajmować się szczeniętami. Ten dodatkowy stres wiążący się z faktem, iż dana suczka zostaje przeniesiona do zupełnie nowego środowiska, zajmuje się nią ”nie jej człowiek” i ”nie jej człowiek” towarzyszy jej w trakcie porodu (który nie zawsze jest łatwy, można przecież stracić sukę w trakcie porodu, wszystkiego przewidzieć i zaplanować się nie da…), z mojego punktu widzenia jest cholernie nie fair, wobec ukochanego przecież psa, który jest naszym przyjacielem. Ja na taki deal nigdy bym nie poszła także dlatego, że nie wyobrażam sobie sytuacji, w której hodowca wcina się w moje ‚manie psa’, co najmniej tak, jakbyśmy wspólnie wzięli kredyt na kilka baniek, a takie scenariusze ”współpracy” wcale nie należą do rzadkości… Dlatego sorry, ale nie.

Dla mnie hodowca to ktoś od kogo kupuję psa i nie mam ochoty, żeby wcinał się w moje życie. To ktoś od kogo kupuję psa konkretnej rasy, psa o konkretnych cechach, którego wybieram z tej akurat hodowli, bo sprawdziłam tę hodowlę i podoba mi się nie tylko utrzymywany w tej hodowli fenotyp i ”filozofia hodowania” tego konkretnego hodowcy, ale i fakt, że bada psy. Dzięki czemu wiem, że chcąc psa, z którym aktywnie mogę spędzać czas, psa, który będzie w stanie dotrzymać mi kroku, powinnam zwrócić się do tego konkretnego hodowcy. Nawet, gdy oznacza to, że mam jechać na drugi koniec Polski albo trochę pozwiedzać dodatkowo Europę.

Warunek hodowlany to z pewnością układ typu ”bajka” dla kogoś, kto od samego początku ma ‚zatrybkę’ nie tyle na ”marzy mi się pies rasy…”, co nastawiony jest na ”będę hodowcą”. Taka osoba jest gotowa pójść na wiele ustępstw i wejść w układ, w którym czasem, finalnie hodowca okazuje się być osobą… trudną. Co rusz, telefonicznie rugającą, instruującą i w absolutnie wszystko się wcinającą. I mającą wymagania co najmniej jak ‚bijonse’, za które to buli opiekun psa… Ale wtedy na odwrót jest już za późno i pozostaje albo ”zwariować” (i nawet stracić psa, w którego zainwestowało się już tony uczuć oraz pieniędzy, a którego ”trudny” hodowca odbiera). Albo zagryźć zęby i… Robić wszystko, żeby nie zwariować. Tak więc zanim pójdzie się z hodowcą na ”współwłasność” po to, by ”dostać” czasem naprawdę ponadprzeciętnego zwierzaka, którego w innych okolicznościach nie miało by się szansy kupić (i to nie ze względu na koszt, ale dlatego, że naprawdę ”fajnych” psów hodowcy raczej nie sprzedają), warto jest dowiedzieć się jak tego rodzaju współpraca z danym hodowcą ułożyła się innym. (A, i co nie mniej istotne: jakiego typu osobami są ci, którzy sobie układ chwalą, a jakiego ci, którzy nad nim boleją. To bzdura, że ”przeciwieństwa się przyciągają” i pamiętajcie o tym także, gdy wybieracie sobie hodowcę. Jeżeli istnieją zasadnicze różnice w ‚pojmowaniu rzeczywistości’, pomiędzy wami a ”waszym” hodowcą, to lepiej żebyście o tym wiedzieli wcześniej niż później i nie wdepnęli w g… )

No, dobrze, ale: gdy po spełnieniu umowy warunku hodowlanego (zafundowaniu suce przynajmniej jednego miotu), dotychczasowy opiekun staje się jej właścicielem, może z jej rozmnażania zrezygnować zupełnie albo też zarejestrować własny przydomek. Co nieco o ”blaskach i cieniach” tego układu, napiszę jeszcze w dalszej części dzisiejszego tekstu. A teraz jedynie wytłuszczę, że w przypadku współwłasności decydującym o losie samca prawie zawsze ‚na zawsze’ pozostaje pierwszy właściciel, czyli hodowca. Bo w przypadku współwłasności nie chodzi o to, by, jak w warunku hodowlanym, odłożyć w czasie zapłatę za psa, ale by hodowca zawsze mógł czerpać finansowe korzyści z faktu, ze konkretny samiec z jego hodowli posiada hodowlane uprawnienia i by zawsze kontrolował co z tym psem robi drugi (ale może i trzeci, bo to nie jest tak, że współwłaścicieli może być tylko 2) jego właściciel, dbając w ten sposób o to, by nie zostać pominiętym w czerpaniu korzyści z hodowlanych uprawnień psa. (No, chyba, że strony ustalą w umowie inne warunki, np. że hodowcy już ‚forewer’ należy się określony % z tych paru tysięcy za każde krycie tym samcem albo, że każdorazowo bierze szczenię, które w ramach ekwiwalentu za krycie otrzymuje ‚właściciel’ reproduktora lub jeszcze jakieś inne rozwiązanie, np. że z każdego miotu, który opiekun psa ”zmajstruje” już pod swoim przydomkiem, pierwotny właściciel reproduktora może sobie wybrać szczeniaka… Ile osób, tyle pomysłów… Wszystko zależy od fantazji stron lub braku doświadczenia u jednej z nich.) Gdy chodzi o sukę hodowca jej właścicielem pozostaje dłuuugo. Tak długo, dokąd nie wypełniony zostanie warunek hodowlany. (Hodowca może w umowie zażądać, aby nim suka przejdzie na własność opiekuna, odchowanych zostało więcej niż jeden miot…)

Albo też (rzadko, ale jednak) przekazywano psiaka za darmo nowemu opiekunowi, podpisując z nim umowę adopcyjną, w wyniku której hodowca pozostawał współwłaścicielem takiego psa lub też decydował się przenieść całkowicie własność na jego nowego opiekuna, czyniąc go w ten sposób jedynym właścicielem psiaka.

Byli także oszuści wpuszczający w maliny osoby zbyt łatwowierne i oczadziałe roztaczanymi przez ”hodowców” opowieściami. Oszuści żerujący na łatwowierności i braku doświadczenia swoich ofiar, jedynie powierzający ofiarom szwindla swoje psy. Ofierze wydawało się, że Pana Boga za nogi chwyciła, bo ”za darmo dostała” psinę (przy czym: utrzymywała psa, czyli płaciła za opiekę weterynaryjną, jego żywienie, może nawet ”psie przedszkole” itp.), a po roku/dwóch/trzech, cwaniaczek, tzw hodowca ”pojawiał się na horyzoncie” z tekstem, że Wpuszczony w Maliny ”nie wywiązuje się” z ich umowy i… Zabierał psiaka. Psinę ”wychuchaną”, zsocjalizowaną itd. I sprzedawał ją. Komuś tam… Gdzieś tam… Po coś tam… Jednak czasy, w których intencje stron, zwłaszcza hodowców były tak dobitnie klarowne, przeszły już do historii.

Okazuje się, że niektórzy tzw hodowcy się ”apdejtowali” i do podpisania nieroztropnym ”nabywcom”, jako umowy przeniesienia własności, podają umowy zawierające warunki hodowlane. Taki sobie miks cwaniacy wykombinowali i naiwniakom podsuwają umowy z ”dodatkami”. Z których to ”dodatków” wynika, że płacąc 100% ceny za szczenię/podrostka, naiwniacy w rzeczywistości idą z ”hodowcą” na pseudowarunek hodowlany. A jak wygląda taki pseudowarunek hodowlany, pseudoprzeniesienie własności? Zastanawiacie się ”Czy to w ogóle jest możliwe?”. Och, moi drodzy… A czegóż to ”hodowca” nie wymyśli… Wszystko jest możliwe. Wystarczy tylko odpowiednio perfidny charakter i dobrze wytypowana ofiara. Tak więc wygląda to tak: kupujesz sobie psinkę u hodowcy, u hodowcy którego ci ”polecono” – płacisz cenę regularną, zero ”upustów”, zero ”promocji”, pełnych parę tysiów zyli albo eurasów. Nie zależy ci na wystawach i chcesz ”pieska na kolanka”, psiego kompana konkretnej rasy, z ”uczciwie prowadzonej hodowli”. Osoba, od której psiaka kupujesz jest ”miła, bardzo sympatyczna”. Nie zostajecie ”przyjaciółmi na śmierć i życie”, ale ”macie się na fejsbuku”. ”Lajkujecie sobie foteczki”. Co jakiś czas zamieszczasz na swoim profilu foty psiaka i któregoś dnia ”hodowca” do ciebie pisze albo dzwoni i mówi ci, że psiak ”fajnie się rozwinął”, i właściwie, to ”można by go pokazać na wystawie, a będzie jedna niedługo i nawt niedaleko was”. Wahasz się. Przecież nie o to ci chodziło. Cale to zawracanie głowy… Śmieszne bieganie w kółeczko, rozetki, bajerki… Ale ”hodowca” cię namawia… Myślisz sobie ”Łajnot? W końcu ‚hodowca’ jest taki spoko”, więc czemu by nie zrobić mu/jej przysługi?”… No i zaliczasz jedną wystawę, potem drugą, trzecią – bo faktycznie udaje się wam zająć dobre lokaty (taki jest teraz klimat, że łatwo na wystawce mieć psa ”wybitnego”) i zaczynasz ”się wkręcać w wystawki”. Przechodzisz Rubikon i już nie trzeba cię namawiać, chętnie jeździsz na wystawy. W którymś momencie ”tak ci wychodzi”, że uzyskujesz uprawnienia hodowlane. I bum! To ten moment.

Hodowca dzwoni do ciebie, ale nawet nie zawraca sobie d… gratulowaniem ci. Zamiast tego oznajmia, że w umowie, którą z nim podpisałeś/aś, tej samej, której przed podpisaniem nie przeczytałeś/aś do końca albo wcale, jest zapis, że gdy uzyskasz uprawnienia hodowlane dla swojego samca, masz obowiązek zacząć tym psem kryć, wskazane przez ”hodowcę” suki. Udostępniać psa hodowcy, który w owej umowie, tak, właśnie tej, której przed podpisaniem nie przeczytałaś/eś do końca albo wcale, zagwarantował sobie prawo wyboru suki, którą twój pies pokryje. Prawo, rzecz jasna, sięgające ”przytulenia kasy” (100%), którą za krycie zapłaci właściciel suki, lub szczeniaka, którego ”dysponent” reproduktora otrzymuje w ramach ekwiwalentu za krycie. I, że generalnie, to od tego momentu zawsze, gdy hodowca sobie zażyczy, że ”twój” pies jakąś sukę ma pokryć, musisz się na to zgodzić. I na to, że on/ona zainkasuje za to krycie kilka tysięcy złotych/euro (zapamiętaj: 100% kwoty) też. Analogicznie, gdy w ten sposób ”kupisz na własność” (zawsze mnie ”rozczula” to sformułowanie, używane przez osoby, które nie przeczytały tego, co podpisują, w kontekście tego rodzaju ”lipy”) sukę, która to, skoro już ma uprawnienia hodowlane, to ma zostać pokryta, a ”hodowca” wybierze sobie z miotu jakąś tam liczbę szczeniąt albo sam sprzeda cały miot – za tych kilka tysięcy złotych lub euro od sztuki i co? Tak! Dobra odpowiedź: weźmie 100% zysków dla siebie. Scenariusz zależy od tego co ”hodowca” wpisał w umowę, której przed podpisaniem nie przeczytałaś/eś do końca albo wcale… Także ten, tego… I ”endżoj”. Czytajcie to, co wam podsuwają do podpisania.

Na marginesie współwłasności/warunku hodowlanego: niektórzy mówią o tej formie ”posiadania psa” wprost: ”To szukanie frajera, na którego przerzuca się całkowite koszty utrzymania swojego psa. I nie daj Boże jeśli opiekun pokryłby tym samcem lub tę sukę zapłodnił samcem, który nie odpowiada jego faktycznemu właścicielowi, czyli hodowcy! Larum byłoby na pół Polski a może i Świata. No, ale żeby ustrzec się od takich niespodzianek ‚przezorny hodowca’ wpisuje w umowę współwłasnościpunkt o zakazie używania danego egzemplarza do celów własnych przez jego opiekuna – cwaniactwa i bezczelności w tym nie ma przecież.” Coś więcej? Dobitniej? Proszę: ”I tak, za ciężkie pieniądze, bo wyjazdy na wystawy, opieka weterynaryjna, karma, kosmetyki itp. kosztują i niejednokrotnie przekraczają kwotę za jaką można by zakupić psa tylko dla siebie. Współwłaściciel, a właściwie ”sponsor”, może co najwyżej poprzytulać się z takim psiakiem i zrobić sobie z nim zdjęcia. (Choć nie wszystkie ujęcia pokażą psa ‚korzystnie’, więc zanim je komuś pokażesz albo w ogóle, udostępnisz (szczególnie) na Facebooku, upewnij się, czy możesz to zrobić, bo ”możesz niekorzystnym zdjęciem zaszkodzić hodowcy i narazić jego dobre imię”…). Planowanie urlopu też pod dyktando hodowcy, którego, jeśli chcesz z psem jechać za granicę, musisz wpierw uprosić o wydanie zgody, w postaci oświadczenia na to, by pozwolił ci wyjechać z psem poza polską granicę, żeby było dla ciebie możliwe przemieszczenie się z psem po terenie Unii Europejskiej w charakterze niehandlowym. Ale spoko, bo przecież np. właśnie w lipcu albo sierpniu mogą mieć miejsce ”bardzo ważne” wystawy i/lub zawody, na których nie wypada nie pokazać psa. Także może ci nawet takie oświadczenie nie będzie ci potrzebne. Mąż/żona, dzieci, opiekunka mają się dostosować do jaśnie szanownego pana/pani hodowcy. ‚Wiesz, może po prostu niech twoja druga połówka pojedzie sobie z dzieciakami i kimś tam do opieki bez ciebie i psa, a wy sobie spokojnie na wystawy pojeździcie w tym czasie, co?‚. Krótko: interes świetny, ale tylko dla jednej strony.

Bycie hodowcą” = korzyść

Nie dajcie się nabrać na kreacje tzw hodowców, obliczone na utrzymanie wizerunku ”specjalistów” (lub wybielanie go) w oczach zapatrzonych w nich ”wyznawców” (działających jak naganiacze stręczący kolejnych klientów, traktując, w istocie zwykłych pseudohodowców, jak ”guru”). Oraz, by utrzymać nimb ”tkniętych przez Boga” w oczach tych wciąż niedoszłych, potencjalnie przyszłych klientów na szczeniaki (które muszą się sprzedać, gdyż koszty utrzymania gromady psów, które na siebie nie zarabiają, wykraczają poza możliwości tzw hodowców), gdy jakieś ”mleko” się któremuś z nich ”rozleje”. Ludzie, którzy handlują rasowymi psami, robią to, bo przynosi im to korzyści. I nawet, gdyby nie były to korzyści finansowe (bez komentarza), to ”brylowanie” na Facebooku jako ”hodowca” i udzielanie się w kontekście ”specjalisty/ki” na tych różnych grupach, obnoszenie się z ”wystawowymi sukcesami”, ”przycieranie nosa konkurencji”, robienie idiotów z osób zbyt naiwnych albo zbyt dobrze myślących o innych itp. itd., zaspokajają potrzeby lub co najmniej w jakimś tam stopniu kompensują deficyty dręczące tych ludzi w innych dziedzinach ich życia.

Pamiętajcie, że w psiarskim środowisku są osoby, które dopiero w tym środowisku odnalazły ”znajomych” i weszły do jakiegoś kręgu towarzyskiego, osoby, którym z różnych względów wcześniej to się nie udawało. Są w nim osoby, które dopiero w tym środowisku mogły zaistnieć, może nawet ”stały się kimś”, ludźmi jakoś tam znaczącymi tj. ”znanymi” i ”popularnymi” – w dalszym ciągu tylko w tym środowisku, ale jednak. I dlatego, że dopiero to środowisko dało im poczucie bycia ”częścią czegoś większego”, jakiś ”sens” i możliwość realizacji – także, gdy chodzi o zarabianie pieniędzy – mają skłonność do przedkładania narracji obowiązującej to ich środowisko, na dany temat, ponad merytoryczne podejście do poszczególnych zagadnień i dążenie do posługiwania się rzeczowymi argumentami. A to oznacza, że ten typ ludzi nie jest właściwym do udzielania odpowiedzi na pytania najczęściej nurtujące potencjalnych nabywców rasowych psów, gdyż taki typ psiarzy cechuje ”naiwna natura postrzegania rzeczywistości”. Albo wprost mówiąc: dlatego, że tam, gdzie rządzi ideologia, czyli powstała na bazie danej kultury wspólnota światopoglądów, u podstaw której tkwi świadome dążenie do realizacji określonego interesu, nie ma miejsca na prawdę.

Jakiś pan na zdjęciu, na smyczy trzyma psa, który ”wygrał wystawę” – ”prestiż” idzie panu w górę. Dla obcych i dalekich ”znajomych”, z dystansu przyglądających się temu, co na swój profil w social media taki człowiek wrzuca, ten pan jest gościem, który ”odnosi sukcesy”. Po jakimś czasie pan dorabia się pozycji ”specjalisty; obcy ludzie, chcący kupić od niego szczeniaka, kierują się do niego z różnego rodzaju zapytaniami, proszą go o rady, zabiegają o jego uwagę, podlizują mu się w fejsbukowych komentarzach, ”zaprzyjaźniają się z nim”, utrzymują w przekonaniu, że jest tym ”odnoszącym sukcesy kimś”… I w tym psiarskim środowisku pan ”pnie się w górę”… Dalej może być zakompleksionym typem, który bije żonę albo ma poważne problemy psychiczne, ale na fotkach w social media albo, gdy ”odnosi sukcesy na wystawach” jest ”człowiekiem sukcesu”. I tego nic mu nie zastąpi. Projektuje na innych określony wizerunek i dzięki temu ”jest kimś”. Nie zapewni mu tego nic innego, nie dostanie tego nigdzie poza psiarskim światkiem. Tak samo jakaś pani, której udało się od siebie skutecznie odstraszyć kliku narzeczonych na przestrzeni ostatnich plus-minus dwóch dekad i od czasu do czasu w komentarzach pod postami ”O tym co ważniejsze; związek/małżeństwo czy hodowla?”, wypisuje mądrości w rodzaju ”Nikt ci nie da tyle miłości co ukochany pies. Jak facet za bardzo marudzi, to go pogoń”, ale wśród ”koleżanek-hodowczyń” budzi dziką zazdrość, gdy chwali się tzw sukcesem hodowlanym, którego ukoronowaniem jest wygrana na kolejnej wystawie. A że dom zrujnowany, wszędzie sierść i pachnie moczem, bo ”akurat są szczeniaczki” – cóż, może faktycznie każdy nieco inaczej mierzy sukces…

Społeczności bywają toksyczne, ale dla ludzi, dla których najważniejsze jest być elementem społeczności, częścią jakiegoś środowiska, członkiem grupy towarzyskiej, stadna narracja, absorbowanie tej narracji i ”prądkowanie” nią na innych, jest najkorzystniejsze. Taka postawa jest, z punktu widzenia potrzeby utrzymania społecznej/towarzyskiej pozycji w danym środowisku, zdecydowanie bezpieczniejsza od ”szukania prawdy na własną rękę” i być może ryzykownego odkrycia, w rodzaju ”król jest nagi”, które niesie za sobą ”wyłamanie się”. W tego rodzaju społecznościach, najwyżej w hierarchii ”grupy stadnej” są ci, którzy najgłośniej artykułują podstawy ideologii, ci którzy powtarzają jak mantrę: ”Inni nie są tacy fajni jak my, bo nie należą do naszej paczki” – wykluczanie tych ”innych” jest w takich środowiskach ważne, bo ”spajanie grupy” opiera się na eliminowaniu z niej i nie dopuszczaniu do niej owych ”innych”. I nie zapominajcie o tym także wtedy, gdy będziecie słuchać przepełnionych ideologią ”wykładów” o ”pseuduchach”.

Szczeniaki doskonale się zapowiadające, po wybitnych rodzicach – sprzedam”

Dodajmy, znów nieco na marginesie, że ”fenotyp psa rasowego”, fenotyp psa, który jest przedstawicielem konkretnej rasy, nie jest ”zabezpieczony”, ”gwarantowany”, ”określony” jakimś powiedzmy ”standardem produktu”, jak np. dany model samochodu. Tym bardziej, że międzynarodowych federacji zrzeszających organizacje hodowców psów jest ”trochę”; FCI (Fédération Cynologique Internationale), ACW (Alianz Canine Worldwide), WKU (World Kennel Union) to tylko trzy z nich a każda ma swoją systematykę porządkowania ras oraz wzorce ras, które niekiedy różnią się między sobą (ale o tym nieco potem).

O tym jak pies danej rasy ma wyglądać mówi tylko wzorzec rasy, której jest przedstawicielem. A ”wzorzec rasy” nie jest ani ”państwowym przepisem”, ani ”standardem opisującym dany towar produkowany przez daną firmę”. Tylko ustalonym przez federację, do której dane stowarzyszenie/ klub/ organizacja hodowców należy ”punktem odniesienia” dla hodowców, którzy, gdy rozpatrują danego osobnika pod kątem jego fenotypowych, czyli anatomicznych i psychicznych cech, zanim zakwalifikują go lub nie, do hodowli, mają o owej przydatności lub jej braku, decydować, opierając się na wytycznych tegoż wzorca. Czyli mają porównywać dane zwierzę z opisanym we wzorcu, nazywanym też standardem(!) ideałem. Ale nie muszą. Bo wzorzec jest interpretowany tak, jak danemu hodowcy jest wygodnie – często po prostu to, co mu wyjdzie, reklamuje jako ”super miot”, po ”super przodkach” i ”szczenięta wspaniale się zapowiadające”. I to podejście do kwestii wzorca rasy, czyli takie ”nieszczególnie konsekwentne przestrzeganie jego zapisów” i ”luźne się do nich odnoszenie”, jest w świecie hodowców (oraz sędziów kynologicznych) akceptowane – tak łatwiej sprzedaje się towar/rzecz: psa rasowego.

Istnieją nie tylko pseudohodowcy. Są i pseudosędziowie, więc takie praktyki kwitną w sprzyjającym klimacie. Na ringu 7 psów Tej Samej Rasy – nie ma wśród nich dwóch podobnych do siebie, ale wszystkie dostają ocenę ”doskonałą”. Każdy z nich w opisie ma napisane, że ma np. ”wspaniałą linię grzbietu” albo, że ma coś innego ”wspaniałego”, ale każdy z nich jest inny. Wszystkie są jednej rasy, podobno są rasy Jakiejś Tam, ale każdy z nich jest zupełnie inny od pozostałych. I w sumie, może nawet dałoby się poskładać z nich wszystkich psa, który wygląda ”jako tako”, ale do tego trzeba byłoby im dobre fotki porobić i się z kolaż pobawić…

Tak więc konsument, gdy nabywa psa rasowego, automatycznie godzi się na to, że ów pies rasowy wyrośnie, ”jakoś tam” i na ”jakiegoś tam” przedstawiciela swojej rasy, a nie tak, jak jest napisane we wzorcu rasy, że ma wyglądać dorosły osobnik psa tej właśnie rasy. Wzorzec rasy dla niektórych hodowców jest jak data ważności na opakowaniu jogurtu, dla mających problem z tolerowaniem laktozy, ale lubiących dreszczyk emocji ”miłośników przygód”, fanów takich produktów: to tylko luźna wskazówka, nie trzeba brać jej zbyt serio.

Kiedyś pies opisany we wzorcu rasy był po prostu typowym osobnikiem danej rasy. Dziś, psy zgodne z wzorcem swojej rasy (w obrębie jednej federacji) stanowią coraz większą rzadkość. Coraz częściej o psie, który wygląda po prostu tak, jak wyglądać powinien pies danej rasy, mówi się jako o ”wyjątku”. Że taki pies ”jest klasy ‚niedoścignionego’ ideału opisanego w standardzie rasy”. Jasne: każde zwierzę jest inne. Każdy szczeniak z danego miotu, choć ma tych samych rodziców co reszta, będzie inny od rodzeństwa. Genetyczna mozaika ułoży się w psiaku ”AA” inaczej niż w psiaku ”AB” i inna będzie w psiaku ”AC”*. I jasne też jest to, ze żywienie i warunki, które hodowca a po nim nowy właściciel zapewnia szczeniakowi są bardzo, bardzo ważne, mają wręcz kolosalne znaczenie i zaniedbanie potrzeb szczeniaka; nieprawidłowe żywienie, utrzymywanie go w niewłaściwych warunkach, mogą zrujnować każdego psiaka. Ale nawet najlepszy nowy właściciel ”nie przeskoczy” ograniczeń, które wynikają z genetycznie marnej jakości przodków jego psiaka.

*Pracę dotyczącą pierwszych oficjalnie potwierdzonych narodzin psich bliźniąt monozygotycznych (jednojajowych), czyli powstałych z jednej zapłodnionej komórki jajowej i mających takie same genotypy, opublikowano w sierpniu 2016 roku; https://news.nationalgeographic.com/2016/09/identical-twin-puppies-born-south-africa/?utm_source=Twitter&utm_medium=Social&utm_content=link_tw20160902news-identicalpuppies&utm_campaign=Content&sf35022463=1

To, że pies jest danej rasy, że ta rasa ma swój wzorzec, który opisuje dokładnie jak ma przynajmniej wyglądać osobnik wart używania go do rozrodu, nie gwarantuje nabywcy, iż ten, płacąc nierzadko naprawdę duże pieniądze za psa rasowego, otrzyma zwierzę, które będzie odpowiadało owemu ”wizualnemu standardowi”, gdy stanie się dorosłe. I trzeba podkreślić: nie jest uczciwe obarczanie winą za ”kiepski efekt końcowy”, nabywcy psa i wmawianie mu, że to jego wina, że pies się ”nie rozwinął”. Nabywca, gdy kupuje (zazwyczaj) 8 tygodniowego szczeniaka, dostaje np.; określone ułożenie miednicy, karpiowaty grzbiet, w dowolnej kombinacji; nieprawidłowo osadzone, rozstawione i o niewłaściwym kształcie i wielkości uszy lub oczy (oczy dodatkowo mogą być w niewłaściwym kolorze), nietypową, brzydką głowę oraz marny, charci kościec itp. i nie jest w stanie ”poprawić” tych anatomicznych wad. (Na marginesie: kilka razy mijałam na warszawskiej Saskiej Kępie takie białe coś i za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że coś takiego poszło jako Dog Argentyński. Na swój sposób pocieszające było to, że gdy za pierwszym razem na widok tego białego (to trzeba mu przyznać, biały to on był/jest) psa, zatrzymałam się, postałam sobie z boku i popatrzyłam na tę psinę, i z niedowierzaniem, ale jednak zapytałam: ”Czy to jest Dogo Argentino?”, i w odpowiedzi usłyszałam, że tak, trafiłam w dychę, typując hodowlę. Takich dogo nie robi żadna inna ”firma” produkująca białe na polski rynek… Marna to pociecha, ale brzydotę, czyli brak typowości także można łatwo przypisać konkretnemu przydomkowi.) I żeby nie wiadomo jak się nowy właściciel starał, tego rodzaju ograniczeń ”nie przeskoczy”.

Rzeczywistość wygląda tak, że w przypadku popularnych ras, powiedzmy, że mówimy o Buldogach Francuskich mało, kto puszcza tylko jeden miot w danym okresie rozliczeniowym. Są hodowle, w których jest kilka suk hodowlanych i każda z nich rodzi w danym okresie rozliczeniowym jeden miot. (A gdy dojdzie do tzw wpadki, bywa, że suka w roku kalendarzowym rodzi dwa mioty, czyli ”cieczka w cieczkę”). Szczeniaki zbywane są, jak najszybciej, gdyż w przypadku tej rasy, standardowe 8 tygodni życia, kiedy to hodowcy wydają psiaki nowym właścicielom, to moment przełomowy. W tym znaczeniu, że małe, kluchowate i ”śliczne” bulwy, gdy tych osiem tygodni kończą, przestają być takie ”śliczne”, bo zaczynają rosnąć. I, mówiąc brzydko, wychodzi ”paździerz” z tych, które z ”paździerza” są zrobione. I widzą to nawet laicy, którym poczwarki próbuje się (czasem z powodzeniem) wcisnąć. Bulwy bardzo szybko wchodzą w okres niebezpieczny dla hodowcy, któremu nie udało się na nie znaleźć kupca, gdy były ”kluchowate i śliczne”. Gdy buldożek jest w wieku 10-11 tygodni objawia się prawda na jego temat. A właściwie to następuje ”pierwsza odsłona” prawdy o danej bulwie, bo ‚cała prawda’ uderza troszkę potem, gdy okazuje się, że dany psiak, aby móc oddychać i żyć, musi przejść poważną operację. I warto jest pamiętać, że akurat w przypadku tej rasy ”paździerz” możesz kupić za ok 3-4 tysiące złotych, 8 tysięcy złotych, ale 3 a nawet 6 tysięcy euro i więcej… I to są dopiero emocje. Jak w losowaniu totalizatora sportowego – może ”trafisz milion” i wylosujesz zdrową i równocześnie ładną bulwę? Junewernoł…

Pies jest żywą istotą i nie da się ”zaplanować” jego rozwoju i ”użytkowania” – jest to absolutnie oczywisty fakt. Jednak pies rasowy ma mieścić się pewnym określonym ”standardzie”, bo nie jest kundlem ani mieszańcem, tylko właśnie psem rasowym z hodowli, której celem jest powoływanie do życia szczeniąt, które inaczej by się nie urodziły i które mają prezentować określony, nie tylko poprzez rasę, ale i tzw doświadczenie hodowców, ”poziom”. I poprzez to spełniać oczekiwania nabywcy-konsumenta, które w dużym stopniu dotyczą zdrowia i sprawności takiego psa a nie jedynie samego jego wyglądu. I choć w przypadku rasowych psów istnieje i łatwo się uwypukla coś takiego jak ”cechy indywidualne danego produktu”, które znacząco wpływają na fenotyp i niekiedy zdrowie oraz sprawność zwierzęcia (każdy pies tej samej rasy jest nieco inny od pozostałych, co jest efektem tego, jak w akurat jego organizmie ułożyła się genetyczna mozaika), to jest bardzo nieuczciwe wobec nabywców rasowych psów odcinanie się przez producentów-hodowców-sprzedawców rasowych psów od jakiejkolwiek odpowiedzialności za ”niezgodność towaru z umową”, gdy psy okazują się być obciążone wadami o podłożu genetycznym. Nie można braku sprawności psa, tego jego nie-zdrowia traktować jako ”cechy indywidualnej”, świadczącej na korzyść danego osobnika; ”taki jest niepowtarzalny”, ”jego niesprawność czyni go wyjątkowym”. Tak, jak gdyby nie-zdrowie danego psa miało być tym samym, co ”cecha indywidualna” martwego przedmiotu, np. mozaiki witrażowej układanej przez rzemieślnika zajmującego się rzemiosłem artystycznym. Rzemieślnika, który wykonał np. 5 mozaik ze szkła witrażowego, których motywem był obraz X malarza Y, ale w związku z tym, że rzemieślnik nie jest ”robotem”, każda z mozaik, choć przedstawia ten sam motyw, ma takie same gabaryty, wykonana jest z tych samych komponentów (włącznie z konkretnymi taflami szkła) i przy użyciu tych samych narzędzi, nieco różni się od pozostałych, np. ilością modułów, i ich wielkością. Nikt nie chce się ”sądzić” z hodowcami za to, że dorosłe psy są ”brzydkie” – niezgodne z wzorcem rasy w sensie estetycznym. Kwestie sporne pomiędzy nabywcami towaru ”pies rasowy” a ich producentami-hodowcami dotyczą zdrowia psów rasowych, wynikającego wprost z metod hodowlanych i selekcji przez tzw hodowców stosowanych.

Pies rasowy posiada cechy indywidualne i jest żywym stworzeniem, ale ma być ”użytkowany” jako ”najlepszy przyjaciel człowieka” właśnie dlatego, że jest żywy a nie z pluszu. Dlaczego więc nie są zabezpieczone prawa konsumentów? (Tu kłania się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.) Konsumentów, którzy kupują psa rasowego (żywe stworzenie o cechach indywidualnych, mające jednak być ‚użytkowane’, choćby jedynie jako czworonożny przyjaciel, kolejny członek rodziny i towarzysz spacerów), który, zgodnie z informacją nt. rasy, której jest przedstawicielem, ma żyć średnio np. 10 lat, przy standardowej opiece weterynaryjnej. A po jego zakupie w ciągu pierwszego roku życia psa lub nieco później, okazuje się, że ma on szereg problemów zdrowotnych. I tylko po to, by ów pies nie umarł, trzeba wykonać mu, nie za darmo przecież, określoną ilość badań, potem również kosztownych zabiegów, np. dotyczących drożności układu oddechowego. A wszystkie te procedury są dla zwierzęcia wymagające, trudne do przejścia i powodują u niego stres.

Dodajmy, że chodzi o zdrowotne problemy, a za nimi zabiegi i operacje, o których wystąpieniu jako ewentualnej/potencjalnej konieczności w niedalekiej przyszłości, nabywca w chwili zakupu psa, nie był przez sprzedającego-hodowcę, który przecież rasę doskonale zna, informowany. Nabywcy nie przedstawiono szacunkowych kosztów ewentualnej ”dodatkowej” opieki weterynaryjnej, która nierzadko okazuje się konieczną dla psa konkretnej rasy lub psa pochodzącego z danej tzw linii hodowlanej, lub po prostu hodowli. Czyli dla psa mającego konkretne ”logo” w swojej metryce i/lub rodowodzie, jeśli przydomek hodowlany potraktujemy jako znak firmowy hodowcy-producenta-sprzedającego.

Pamiętajcie: badania są ważne, a wasza świadomość na temat tego jakie badania są ważne w rasie, którą sobie wybraliście jest tym istotniejsza, że hodowca ponosi odpowiedzialność jedynie za wady istniejące w chwili wydania rzeczy/towaru-pies rasowy. Dlatego, gdy planujecie kupić rasowego psa, musicie poświęcić trochę czasu nie tylko na ”papierologię”, ale i lub raczej przede wszystkim na zagłębienie się w genetykę i uświadomienie sobie, które oraz jak wiele ze schorzeń dręczących rasowe psy ma genetyczne podłoże i przez to kwalifikuje się jako wada istniejąca w chwili wydania towaru/rzeczy-pies rasowy.

”Dysplazja? Pierwsze słyszę. Nie wiem skąd się to wzięło. U mnie wszystkie psy są zdrowe. Mówisz ‚cechy dysplazji’ wyszły? To twoja wina, ja nie mam z tym nic wspólnego.”

I zapamiętajcie sobie kolejny istotny fakt: w przypadku dysplazji stawów, mówienie przez osoby nie weryfikujące stanu stawów szczeniąt w wieku między 3,5 a 4 miesiącem życia, osoby nieposiadające mapy swojej hodowlanej linii, mapy dającej rzetelne informacje dotyczące występowania lub nie cech dysplazji u urodzonych w ich hodowli, w ich liniach, psów, że ”nie wszystko można zwalać na genetykę”, jest kompletnie niewiarygodne. Szczeniaki sprzedawane są zazwyczaj gdy mają 8 tygodni. Cechy dysplazji u szczeniąt genetycznie nią obciążonych można wykryć już miedzy 3,5 a 4 miesiącem życia, czyli nieco później. Tak więc sprzedając szczeniaki 8-10 tygodniowe hodowca może w umowie zastrzec, że w okresie pomiędzy 3,5 a 4 miesiącem życia psiaka, zaleca jego nowemu właścicielowi przeprowadzenie RTG stawów szczenięcia. Po to, aby tą drogą uzyskać informacje do swojej bazy danych i jednocześnie zabezpieczyć swoje interesy, jako sprzedawcy towaru-pies rasowy, w przypadku, gdyby po jakimś czasie nabywca szczeniaka zarzucił mu, że ”jest problem ze stawami”. Oraz, by nabywca miał pewność, że jego pies nie ma zmian w stawach. Albo hodowca może w umowie zastrzec, że przeniesienie własności z niego na kupującego nastąpi w chwili, gdy przeprowadzone zostanie badanie RTG stawów i ich stan będzie jasny dla obu stron. (”Zapłaciłeś, umówiliśmy się, że do czasu wyników badania pies jest nasz, zgodnie z umową pies został poddany badaniu, znam wyniki, są w porządku, dopełniamy umowy, pies staje się twój”.) To nie jest nic nadzwyczajnego, hodowcy od zawsze spisują umowy współwłasności, w których określają po spełnieniu jakich warunków drugi właściciel może stać się jedynym właścicielem psa. Albo umowy typu warunek hodowlany, kiedy to do przeniesienia własności dochodzi także po spełnieniu przez stronę kupującego określonych warunków. Oczywiście, gdy mówimy o RTG, hodowcy mają ”swoje typy”. Dlatego w umowie musi być określone; kto płaci za badanie, kto pokrywa koszty dojazdu do placówki i kto ma być TYM LEKARZEM, który badanie przeprowadzi i wykona jego opis (to wcale nie musi być jedna i ta sama osoba). Wszystko to musi zostać spisane w umowie, tym bardziej, że to wszystko są pieniądze. Jest więc ważne to, czy to nabywca pokrywa owe koszty z własnej kieszeni, czy badanie stawia hodowca?

Ludzie nieposiadający wiedzy o stanie stawów szczeniąt w chwili przekazywania ich nowym opiekunom/nabywcom, nie mają wiedzy o tym co tym nabywcom sprzedają/przekazują, w jakim stanie te rzeczy-psy są. Nie mają zielonego pojęcia o genetycznej kondycji swojej linii w kontekście jej obciążenia (lub nie) dysplazją, więc przerzucanie przez nich odpowiedzialności za cechy dysplazji i dysplazję na nabywców i opiekunów niepełnosprawnych psów, gdy kilkumiesięczne, zazwyczaj 6-8 miesięczne psiaki zaczynają zdradzać objawy schorzenia, jest kompletnie bezzasadne.

Utrzymywanie niechcianych psów o udokumentowanym pochodzeniu

Właśnie: a odpowiedzialność za ”produkowanie” rasowych psów? Nie tylko wobec tych ”ukochanych” zwierząt i ich nabywców, z którymi podpisywane są indywidualne umowy, ale i odpowiedzialność także w sensie szerszym: społecznym – ktoś przecież schroniska i fundacje a niekiedy wręcz pseudofundacje musi utrzymywać. Jaka jest więc ta ”odpowiedzialność”?

Słyszeliście kiedyś, by ktoś, kto rozmnaża psy obciążone wrodzonym kalectwem, niech będzie np. dysplazją występującą u kolejnych osobników w danej linii, czyli w kolejnych pokoleniach albo niewydolnością aparatu oddechowego (potwierdzonymi wynikami badań, przeprowadzonymi przez specjalistów, wykonanymi już na koszt nabywców tychże psów), czyli kalectwem znacząco utrudniającym tym psiakom komfort życia, ktoś, kto swoim postępowaniem (ignorowanie faktu, że psy, które rozmnaża oraz ich potomstwo cierpią z powodu tych wrodzonych wad) obiektywnie, przyczyniając się do wyjątkowo okrutnego, bo rozłożonego w czasie (na całe życie tych zwierząt), znęcania się nad nimi, dodatkowo, gdy chodzi o rasy gabarytowo ”duże” i do tego wymagające, np. uznawane za agresywne, utrzymując je zamknięte, jak więźniów, w kojcach, na niezabezpieczonym terenie, nierzadko bez należytej opieki (włączając to brak kontaktu lub niedostateczny kontakt z człowiekiem, ich właścicielem i równocześnie hodowcą), powodując u tych zwierząt powstawanie także problemów psychologicznych, odpowiedział za swoje postępowanie?

I żeby było jasne, pomijam w tym miejscu ”dodatki” typu ”dokrywanie” suki drugim (albo i trzecim) samcem (”dla pewności”, żeby krycie nie było ”puste, ale by suka na pewno ”załapała” i żeby w planowanym czasie miot na świat przyszedł, [bo wydatki, które pokryje kasa za szczyle są już dokładnie zaplanowane]), także bez informowania o tym fakcie nabywców. Albo krycie suki ”A” samcem ”B” a sprzedawanie ich jako potomstwa psa ”C” i suki ”A”, bez informowania o tym fakcie nabywców. Albo tzw podkładanie szczeniąt, czyli udawanie, że matką miotu ”A” jest suka o nazwie ”B”, a nie jego prawdziwa matka, czyli suka nazwana ”C” – i znowu: bez informowania o tym nabywców psiaków. Tu kolejny raz kłania się brak wymogu wykonywania profilów DNA. Oszustwa takie wciąż są możliwe, bo wymóg badań DNA potwierdzających treść zawartą w metrykach i rodowodach szczeniąt, w dalszym ciągu nie stał się obligatoryjnym w największym stowarzyszeniu w Polsce, którym jest ZKwP.

Nie chodzi mi też o przeprowadzanie, zatajanych przed nabywcami, zabiegów chirurgicznych na szczeniętach i/lub podrostkach. Np. takich ”drobiazgów”, jak usuwanie wilczych pazurów… Albo bardziej ”na grubo”: wycinanie ”kolorowych łat” u tzw białych psów – wiecie, tego koloru, który np. u dogo, czasem przebija w niedozwolonym przez wzorzec rasy miejscu (np. na grzbiecie psa). I w ten sposób robienie z peta, który nie może być przez sprzedawcę-hodowcę oferowany klientowi jako ”szczeniak na wystawy”, ”psa wystawowego, z możliwością zdobycia uprawnień hodowlanych”. Z peta robi się ”psa na wystawy i pod hodowlę” a z jego nabywcy idiotę. I dopiero podczas wizyty kontrolnej lekarz weterynarii uświadamia ofierze nieuczciwego pseuducha, że jego pies ma pewną bliznę…

Chodzi mi niespełnianie przez tzw hodowców tych ”podstawowych” etycznych kryteriów. A więc? Słyszeliście, by ktoś tak postępujący poniósł konsekwencje swoich działań? Ja nie.

Szkodniki są ciągle te same, ich dorobek się powiększa. Nowe w poszczególnych rasach psuje stoją przed nie lada wyzwaniem, ale że coraz ich więcej, może dościgną czoło peletonu… Niszczenie ras i postępująca degrengolada w środowisku TAK ZWANYCH hodowców, to przestrzeń, w której konkurencja na polskim kynologicznym rynku rozwija się nie budząc szczególnego sprzeciwu. Jest poważna, naprawdę solidna i rzeczywiście gotowa na wszystko.

A! Fundacje! No i w końcu mamy ”fundacje”. Fundacje i ”fundacje”, które zajmują się także rasowymi psami, nawet psami konkretnych ras, przeznaczone (nie przez jakikolwiek ”urząd”, i nieee, nieutrzymywane przez ZKwP, czy inne stowarzyszenie, a na zasadzie pełnej dobrowolności osób w nich działających, nierzadko brzydzących się ”hodowlą rasowych psów”) do ”rozwiązywania problemów” ras najchętniej w Polsce produkowanych.

Przy okazji, zwróćcie uwagę na to, że ‚fundacje’ albo jakoś tam ”luźno zorganizowane grupy osób” specjalizujące się w pomocy psom określonych ras, czy typów psów, są ”ok”. W środowisku tzw hodowców rasowych psów postrzegane są jako ”potrzebne” i ”robiące dobrą robotę”. Nic dziwnego. W końcu ktoś, za friko, w ramach ”hobby” i ”po godzinach”, przy finansowym wsparciu, które sam sobie organizuje, namawiając do darowizn inne ”osoby dobrego serca”, ”ogarnia”, być może samemu do tego dokładając, niechciane, ”nadwyżkowe”, psy rasowe albo psiaki ”w typie rasy” – rzeczywiście, o co się ”obrażać”? Wszystko ”się ‚samo’ kręci”.

Jednak fundacje (albo też tylko ”fundacje”), które zajmują się wyszukiwaniem, powiedzmy: ”nieprawidłowości” (także i) w środowisku hodowców rasowych psów z ZKwP, fundacje które odbierają tzw hodowcom psy, postrzegane są już zupełnie inaczej… To oczywiste, że ”najazd” na czyjąś prywatną posesję i próba wyłudzenia zwierzęcia (obiektywnie przedstawiającego określoną materialną wartość), pod płaszczykiem ”troski o los” danego psa czy psów, a w rzeczywistości nierzadko mająca na celu przekazanie/sprzedaż takiego psa/psów osobom trzecim, poprzedzona usiłowaniem zastraszenia danego hodowcy/właściciela zwierzęcia, lub wręcz nawet wykradanie zwierząt z posesji, na której właściciel/tzw hodowca mieszka, jest zwyczajnym bezprawiem, bandytyzmem. Takie akcje to pseudoeko działania, o krok od ekoterroryzmu. Jednak nawet, gdy te ”przedstawiające określoną wartość materialną” rasowe psy, wchodzące w skład stad hodowlanych hodowców zarejestrowanych w ZKwP, są zwierzętami zaniedbanymi i noszącymi znamiona nadużyć (np. w postaci rozwiniętych chorób skórnych i/lub niedożywienia), utrzymywanymi w skandalicznych warunkach, a interweniujący działają w ramach obowiązujących przepisów, takie ”próby ingerowania” w ”świat hodowli rasowych psów”, odbierane są bardzo negatywnie przez tzw państwa hodowców… Pozwala to sądzić, że dokąd dana -na wszelki wypadek użyję cudzysłowu- ”fundacja” zbiera psie ”odpady”, którymi nie ma ochoty zająć się nikt z ”państwa specjalistów”, tzw hodowców ”oddanych sercem i duszą” danej rasie, nikt nie ma z jej działalnością żadnych problemów. Ktoś tam zbiera na dom tymczasowy albo psi hotel… Ktoś takie psie bidy leczy (sponsoruje im leczenie), reklamuje w mediach społecznościowych, szukając dla nich stałych (takich już na zawsze) domów… ”Kolportuje” jakoś te nieszczęsne rasowce, na których w żaden sposób nie można zarobić, więc nie są dla ”hodowców” interesujące… Jednak, gdy okazuje się, że ktoś, kto zarejestrowany jest w (szczególnie) ZKwP jako hodowca, utrzymuje swoje psy w warunkach obiektywnie typowych dla pseudohodowli spod znaku ”Piesek&Kotek2012 – beka z Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt” i te psy są przez jakąś organizację takiemu ”hodowcy” odbierane, podnosi się raban… Raban nieprzyjemnie eksponujący ”hierarchię wartości” najbardziej oburzonych działaniami ”fundacji”…

Praktyka pokazuje, że zdarzają się przypadki słusznego odbierania psów hodowcom także z ZKwP. Problem jest wtedy, gdy ‚fundacja’, po ”jako takim” tzw podleczeniu psiaków i ”doprowadzeniu ich do ładu”, owe rasowe i posiadające materialną wartość (nie wolno o tym zapominać, bo psiak ”utytułowany” ma na kynologicznym rynką zupełnie inną wartość niż pierwszy z brzegu ”Burek”) te psiny sprzedaje. Tak, sprzedaje, czyli robi na nich biznes. Nie kastruje ich i nie szuka im domów stałych u ludzi, którzy chcą takie bidy, czasem po latach i za niewinność spędzonych w kojcach, zaadoptować i po prostu pozwolić im być psami, i cieszyć się życiem, ale sprzedaje je kolejnym rozmnażaczom, także za granicę…

Osoby tworzące fundacje albo pseudofundacje nierzadko bardzo skutecznie zniechęcają do adopcji zwierzaków z drugiej ręki. Jak to robią? Roszcząc sobie prawo do praktycznie inwigilacji zainteresowanych adopcją psa czy kota. ”Ankiety” i ”kwestionariusze”, które podsuwa się chcącym kocią czy psią bidę adoptować (pomijając już pokrętnie konstruowane tzw umowy adopcyjne) zawierają pytania, na które odpowiedzi, cóż… Właściwie to chyba możliwe, że pozwalają może nawet co do minuty zaplanować włam do mieszkania zainteresowanego adopcją… Wiedzą o tobie cholernie dużo (a weź pod uwagę, że wcale nie muszą ci kota czy psa do adopcji przekazać, bo w czyimś tam mniemaniu ”się nie nadajesz”, bo coś tam…). Wiedzą; gdzie mieszkasz, w jakich godzinach nie ma cię w domu, czy i jak masz ogrodzony teren albo na którym piętrze mieszkasz, czy masz w oknach kraty a może rolety? A windę? Masz sąsiadów? Ile osób z tobą mieszka, czy masz dzieci, ile ich masz i w jakim są wieku. A opiekunka? Opiekunka do dzieci lubi zwierzątka? Też będzie się pieskiem/kotkiem zajmować? Wiedzą jak planujesz wakacje i dokąd najczęściej jeździsz. Jaki nakład finansowy jesteś w stanie przekazać na zwierzaka. No i najważniejsze: jacyś ludzie, o których ty wiesz tyle, że ”działają w” jakiejś tzw fundacji albo z nią współpracują, odwiedzają cię w miejscu zamieszkania, przychodzą do ciebie, do twojego domu na ”wizytę przedadopcyjną” i patrzą jak mieszkasz, co masz w domu… Gdyby nie ta… sformułowanie ”inwigilacja” wydaje się być słowem dosyć dobrze oddającym ”klimat”, pewnie więcej osób decydowałoby się przygarnąć zwierzaki ”z drugiej ręki”. No, ale gdy ludzie nieposiadający żadnych kompetencji do tego, by pozyskiwać aż tak szczegółowe dane (co się tymi danymi dzieje, jak są przechowywane i kto ma do nich dostęp?), wchodzą w kompetencje organów administracyjnych (a podkreślmy: nie są nimi), opcja pomocy bezdomniakom przestaje być atrakcyjna. A! No i mimo tego całego cyrku, potrafią te tzw fundacje danego zwierzaka przekazać do byle jakiego (najtaniej wychodzącego) ”hoteliku”, w którym czasem dzieją się takiemu zwierzakowi złe rzeczy – po prostu, w takim ”hoteliku”, ”pod opieką” zwierzak czasem umiera w niejasnych okolicznościach…

Przestańcie łykać ściemy pseudokynologów. Problemem nie jest ”konkurencja ze strony innych stowarzyszeń i brak ustawowo zagwarantowanego monopolu jednej organizacji”, tylko wasz brak zdolności do oceniania treści rozpowszechnianych przez ”kynologów

Forma opodatkowania ”hodowli psów rasowych” oraz brak oficjalnego, dostępnego do wglądu dla każdego polskiego obywatela, na bieżąco aktualizowanego, rejestru hodowców (i ich hodowli), jako producentów ”towaru”, którym dziś stał się rasowy pies oraz danych o samych rasowych psach, tych o tzw udokumentowanym pochodzeniu, jest źródłem wszelkiej patologii w biznesie bezpośrednio albo pośrednio związanym z ”hodowlą” rasowych psów – od ich rozmnażania po tzw ratowanie. I nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi tu o ”ograniczanie wolności obywatelskich”, a o odpowiedzialność. Odpowiedzialność zarówno wobec, podobno ”ukochanych psów”, jak i ich nabywców/opiekunów a więc konsumentów ”towaru”, którym pies rasowy został, ale i tzw otoczenia. Niestety, okazuje się, że polscy ”kynolodzy” najwyraźniej potrzebują jakiegoś bata na cztery litery, bo sobie nie radzą z tą ”wolnością”, bo nie rozumieją, że wolność, także ta rynkowa, to nie tylko prawa, ale i obowiązki. A jakie obowiązki wobec psów ma dziś ”hodowca rasowych psów”?

Zapomnijcie o tych wszystkich pierdołach, które wypisują na fejsbuku tzw hodowcy i zacznijcie myśleć. I pamiętajcie: czyny, nie słowa. Tak więc wiemy na pewno, że ”hodowca” nie ma obowiązku używania w hodowli jedynie osobników bezwzględnie wolnych od wad wrodzonych typowych i łatwo wykrywalnych dla poszczególnych ras – psy, u których wady takie się manifestują niejednokrotnie są rozmnażane, a ich potomstwo sprzedawane jest kolejnym osobom i tak dalej, i tak dalej… (Wrzutki dotyczące schorowanego Boksera dosyć dobrze pokazują nastawienie z jakim tzw hodowcy podchodzą do upubliczniania wyników, no, nierzadko właściwie ”śledztw” prowadzonych na własną rękę przez nabywców psów obarczonych schorzeniami genetycznymi. Można treść tamtych skrinów podsumować następująco: ”Kiedyś nie było możliwości badać, więc się nie czepiaj. Dziś nie masz jak udowodnić, że to, że masz chorego psa, to wina hodowcy, bo kiedyś nie było jak badać, a dziś nie masz i nigdy mieć nie będziesz dostępu do wyników badań osobników z twoim psem spokrewnionych, bo nikt nie bada ”aż tak dokładnie”. A nawet jakby badał, to nie dałby ci wglądu w te informacje, więc ugryź się w zadek. I nie waż się więcej pisnąć o tej sprawie”.)

Hodowca powinien używać tylko psów krótko: zdrowych. Ale nie ma tego obowiązku, bo nie ma obligatoryjnego wymogu narzuconego przez tzw państwo – jak pokazuje nam aktualna rzeczywistość, na szeroko rozumiane ”organizacje hodowców psów” nie ma co w tej materii liczyć. (Szczególnie, że te organizacje hodowców, które wprowadzają szereg restrykcji wpływających na poprawę jakości hodowli i uzyskiwanych z niej szczeniąt, nazywane są organizacjami ”pseuduchów”. W związku z czym ci ludzie nie mają nawet możliwości przebić się do świadomości społecznej i udowodnić potencjalnym konsumentom towaru ”pies rasowy”, że można inaczej podchodzić i do samej hodowli, i do nabywcy psa). Tak więc, generalnie, w Polsce ”hodowcy” nie obowiązuje narzucony przez państwowe prawo wymóg, aby zwierzęta obciążone wadami o podłożu genetycznym były z tzw programów hodowlanych eliminowane. Nie ma więc w Polsce prawa, które nakazywałoby osobom, zajmującym się ”amatorską produkcją rasowych psów”, czyli poprzez swoje działanie zwiększającym ilość psów, które gdyby nie ci ludzie, by się nie rodziły, by w trakcie ”procesu produkcyjnego”, choć w minimalnym stopniu dbały o ”jakość” zwierząt, które ”produkują”. Tzw hodowcom nie grożą żadne kary za to, że rozmnażając osobniki kalekie, przyczyniają się do cierpienia zwierząt. Polskie prawo wciąż pozostaje ślepie na ten aspekt zorganizowanego i dochodowego znęcania się nad zwierzętami. Jak i ślepe pozostaje na łamanie praw konsumentów, którymi są przecież osoby będące nabywcami tych kalekich psów. Nie ma kar za żerowanie na nabywcach ani za rozmnażanie kalekich psów.

Nie ma żadnej ”instytucji”, która ”pilnowałby hodowców” i weryfikowała ich twierdzenia o tym, że ”robią wszystko co mogą, by ich psy były zdrowe”, wymagając od tych ”hodowców”, wglądu w certyfikowane wyniki badań poszczególnych zwierząt i dopiero na ich podstawie, przyznając hodowcy prawo używania danego osobnika w planie hodowlanym. (Wygłaszanych przez tzw hodowców, np. na forach Serwisu Facebook, tez o tym, jak to się oni ”starają dbać o jakość bazy hodowlanej” nikt nie zderza z rzeczywistością. Analogicznie pozostaje wierzyć ”na słowo”, że to, co szczenię o swoim pochodzeniu wpisane ma w metrykę, jest prawdą, gdy kupuje się psa z organizacji, w której profile DNA nie są standardem.) Oraz, co najdobitniej stanowiłoby o sensowności działania takiej instytucji: wyciągała konsekwencje wobec kłamców, oszustów, po prostu pseudohodowców, pozbawiając ich prawa do ”produkowania” tych rasowych psich kalek. Nie zapominajcie, że stowarzyszenia hodowców utrzymują się z opłat wnoszonych przez swoich członków (ten wątek porusza seria grafik w drugiej części tekstu), składek, wystaw, itp., w tym i ”specjalnych przeglądów”. (Jak te, które za plus-minus tysiąc złotych od sztuki, ZKwP oferuje swoim członkom i równocześnie ”fanom” obcinania psom fragmentów uszu i ogonów, które to psiaki okaleczone w sposób jak najbardziej celowy, teraz ”dostają uprawnienia hodowlane na skróty”, nie na wystawach, ale na takich ”specjalnych przeglądach hodowlanych”, jako osobniki z, uwaga: ”wadami nabytymi”. Co do szewskiej pasji doprowadza część hodowców, tych, którzy czasem przez pół Polski albo Europy ”dymają”, by w znaczących stawkach, zdobywać wystawowe tytuły. Psy z uszami kopiowanymi chodzą jako psy, które mają ”przypadkową wadę” – to jest skandal.) Nie są wyciągane konsekwencje wobec osób, które świadomie narażają kalekie psy na cierpienie, osób, których działanie prowadzi do zwiększania się liczby psów obciążonych genetycznymi schorzeniami. A przecież wiemy, że są rasy, w których np. dysplazja i inne schorzenia aparatu ruchu, dzięki bezduszności ”hodowców”, dosłownie demolują kolejne pokolenia psów. A co z psami ras brachycefalicznych? Użyję eufemizmu: ‚niektóre’ z ich przedstawicieli, by mogły ”jako tako” funkcjonować, przechodzą skomplikowane operacje, nigdy jednak zabiegi te problemu nie rozwiązują w 100%. (W Holandii organizacja kynologiczna zabroniła rozmnażać kaleki. Nie była konieczna ”interwencja” żadnej ”państwowej instytucji”, holenderscy kynolodzy jakoś sami doszli do wniosków, na które przedstawicieli polskiego środowiska części psiarzy ciągle nie stać.)

Brak jest w Polsce instytucji, nie jakiejś ”fundacyjki”, czy ”stowarzyszonka”, ale normalnej instytucji. Może po prostu dodatkowego Biura, w którymś z Departamentów Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, współpracującego z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Departamentem Analiz Ministerstwa Finansów, przy wsparciu Ministerstwa Sprawiedliwości, którego jedną z form działalności jest przygotowywanie projektów aktów prawnych i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, którego Departament Prawny także zdolny jest opiniować i przygotowywać projekty aktów prawnych. I w obecnej sytuacji ten brak bardzo jest odczuwalny.

Ów brak właściwej instytucji, która, dzięki ucywilizowaniu zasad na jakich psy rasowe można rozmnażać, stałaby na straży najbardziej ”prymitywnie” rozumianego ”dobra psów”. A więc gwarantowała, że psiaki, które z powodu wrodzonych wad nie mogą funkcjonować normalnie (tj. jak psy takimi wadami nieobciążone) nie byłyby rozmnażane. Rozmnażanie kalek jest, jak już nie raz pisałam, jedną z najobrzydliwszych form znęcania się nad psami, gdyż jego skutki są rozłożone w czasie, na okres całego życia danego zwierzęcia i już choćby przez to powinno być kwalifikowane jako forma znęcania się ze szczególnym okrucieństwem. Najbardziej ten styl uprawiania pasji do ”hodowania” brzydzi, gdy ubierany jest w ”miłość do rasy” i okraszony czymś w rodzaju ”to taka rasa, one tak mają, że…” i tu do koloru, do wyboru; słabo im się oddycha, ledwo chodzą, krótko żyją, bo serce/nerki… itp.

A obowiązki hodowcy wobec jego klienta? Nabywcy psa? Czy w tym biznesie ktoś w ogóle myśli o nabywcach, jako o konsumentach? Konsumentach, którzy mają przecież swoje prawa a sprzedaje im się, wcale nie tak rzadko, ciężko chore psy, jako psy zupełnie zdrowe. A skąd! Nabywcy to dla tzw hodowców rozpuszczeni, bezczelni ciemniacy i gówniarze, jak wieprze: niedoceniający pereł, które ”wybrańcy bogów” z organizacji kynologicznych, przed nich rzucają.

Jak widać instytucja, której ciągle i z niejasnych przyczyn, brak, potrzebna jest także dla ochrony konsumentów towaru, którym jest ”pies rasowy”, czyli nabywców psów przed żądnymi szmalu za wszelką cenę pseudohodowcami. Instytucja taka musi w końcu przedstawić skuteczne rozwiązania prawne, także te pozwalające ofiarom oszustów tzw hodowców rasowych psów, dochodzić praw.

Przestańcie sugerować się propagandą uprawianą przez środowiska reprezentujące poszczególne stowarzyszenia, związki i kluby, także na temat ”dobrych” i ”złych” organizacji prozwierzęcych. Oraz tą, którą wciskają wam owe ”prozwierzęce organizacje”.

Jest zupełnie jasne, że ”utrudnienie uzyskania pozwolenia na prowadzenie hodowli” ukróciłoby panującą aktualnie wolnoamerykankę

Możliwość prowadzenia hodowli psów powinna być dostępna jedynie dla osób mających ku temu odpowiednie warunki, w tym z te dotyczące zamieszkiwania na terenach wiejskich. Wtedy może sposób opodatkowanie tej niby nieprzynoszącej dochodu, ”hodowli”, czyli ”działy specjalne produkcji rolnej”, nie dziwiłby i nie raziłby aż tak, jak dziwi i razi w obecnej sytuacji. ”Utrudnienie”, to nic innego, jak wprowadzenie obligatoryjnych norm, jak np. wymóg, by psy, zwłaszcza ras dużych i wielkich, czy uznanych za agresywne, wolno było rozmnażać jedynie na zabezpieczonych posesjach stanowiących własność hodowców, ale nie na posesjach znajdujących się np. na osiedlu domów jednorodzinnych, czy w tzw willowej dzielnicy. To powinno być zabronione, gdyż prowadzenie hodowli jest uciążliwe dla jej otoczenia. (Powtarzam: dziś ”hodowcy” rozmnażają psy -także ras uznawanych za agresywne- w blokach mieszkalnych, nie zawsze nawet we własnych mieszkaniach, potrafią ”hodować” je nie tylko na niezabezpieczonych ”działkach”, ale są zdolni robić to także w wynajmowanych domach, na posesjach, które nie należą do nich i z których mogą w każdej chwili zostać (wraz z psami) ”wyrzuceni” i ”na zbity psyk” z nich wyrzucani bywają.) Psy szczekają. Niektóre ciągle: histerycznie i z byle powodu. A te ‚wielkogabarytowe’, którym hodowca nie poświęca dość uwagi i nie dba o ich kondycję psychiczną, mogą być dla otoczenia źródłem nie lada stresu a nawet zagrożenia, gdy taki ”hodowca”, od święta zdecyduje się zrobić psom łaskę i zabrać je na tzw spacer, poza teren posesji. Lub, gdy pies taki sam się z niej ”jakoś” wydostanie… Jak można uprzykrzać życie innym ludziom, zakładając hodowlę psów pośród domków (o mieszkaniach w bloku już nie wspominam), w których mieszkają nie tylko ludzie większość dnia (w przeciwieństwie do ”typowego hodowcy”) spędzający w pracy, chcący więc po pracy po prostu odpocząć, a nie słuchać psiego wycia/szczekania. Ale i osoby starsze albo młode małżeństwa z małymi dziećmi? Dziećmi, które często bawią się na wewnętrznej ulicy takiego osiedla a zarazem niejednokrotnie praktycznie przed samym ogrodzeniem, za którym, na posesji ”hodowcy”, znajdują się psy w ilościach hurtowych… Czy trzeba wspominać o smrodzie psiego moczu i kup? Nawet jeśli kupy zbierane są ”na bieżąco”, no, niech będzie ”rano i wieczorem”, to woń psiego moczu wnika w glebę i przy słonecznej pogodzie, smród daje o sobie znać: psie siki parują (Jest jeszcze gorzej, gdy kupy nie są sprzątane ”na bieżąco”)… Pamiętajmy, że nie chodzi o jednego, czy dwa psiaki, ale np. o dziesięć lub więcej…

Wprowadzenie ograniczenia co do liczby utrzymywanych w hodowli osobników także wpłynęłoby korzystnie na jakość rodzimej kynologii. Nie można zapewnić 6, 8, 12, czy jeszcze większej ilości (dodatkowo aktywnych płciowo) psów, zwłaszcza ras dużych i wielkich, ”agresywnych”, takiej samej opieki (także w formie psychicznych interakcji), jak 2, 3 czy nawet 5u takim psom. Hodowla powinna jakoś różnić się od schroniska. Tym bardziej, że schronisko zatrudnia pracowników oraz posiłkuje się pomocą wolontariuszy. A tzw hodowcy nierzadko twierdzą, że ”Hodowla jest trudna, bo wszystko robi się samemu, a trzeba to jeszcze z pracą zawodową połączyć”. No, tak, niektórzy naprawdę pracują i nie żyją jedynie z psów. Ale równocześnie podkreślają, że finansowo ”balansują”, żyjąc od miotu, do miotu, bo ”ciągle dokłada się do interesu”. Jest więc oczywiste, że tego rodzaju ”hodowców” nie stać na utrzymywanie stada psów, które na siebie nie zarabiają… (W Niemczech hodowla, w której jest powyżej kilku, zdaje się trzech sztuk, to już przedsiębiorstwo – normalna działalność.)

Dalej: zaktualizowanie listy ”ras uznawanych za agresywne” o przedstawicieli ras naprawdę w Polsce popularnych, jak choćby Cane Corso czy Owczarek Niemiecki, belgijski Malinois oraz tych o rosnącej popularności, jak np. Fila Brasileiro czy Boerboel oraz ras, które do nas jeszcze nie trafiły, ale są coraz popularniejsze w krajach dostatecznie blisko położonych, by łatwo można je było do Polski sprowadzić (przykład Bully Kutta) oraz mieszańców, tzw Bandogów i typowych mixów Terrierów Typu Bull, to kolejna kwestia.

Nie ma żadnych przepisów, które ograniczałyby możliwości pozyskania psa rasowego. Wprowadzenie kwalifikacji dla ”zainteresowanych” rasą uznawaną za agresywną, na wzór praw obowiązujących np. w niemieckich landach, czyli eliminowanie z grona potencjalnych posiadaczy psów rasy tego typu, osób karanych, uzależnionych od alkoholu i/lub narkotyków, niezrównoważonych psychicznie i w związku z tym leczonych, nieposiadających odpowiednio zabezpieczonego i własnego lokum, itp., stanowiące pierwszy etap odsiewania ”zainteresowanych rasą”, to kolejny potrzebny krok. (Krok, który przysłużyłby się polskiej kynologii, prawdopodobnie dosyć skutecznie eliminując z niej patologię infekującą także środowisko Dogo Argentino, patologię lubującą się w puszczeniu psów luzem po lesie, ”żeby się za dziką zwierzyną wybiegały”.) Będąc hodowcą, można sprzedać każdą ilość psów osobom, będącym lub nie będącym ”hodowcami”, ale nikogo (żadnej instytucji) nie obchodzi co ludzie kupujący psy, także te niby ”na kolanka” robią z nimi potem. A mogą je min. do woli rozmnażać, bez żadnych ograniczeń, bo regulacje, których państwo nie jest w stanie wyegzekwować, są bez znaczenia. Tzw umowa pierwokupu i istniejące w niej zastrzeżenia, które nowemu właścicielowi psa do podpisania daje hodowca, mogą robić wrażenie i być skuteczne w przypadku kupca na Beagle’a lub Wilczaka, ale niekoniecznie będą tak samo działać na zwyrola, który kupuje sobie dogo, by wystawiać go w walkach psów albo ”tylko” szczuć na sąsiadów i ich Spaniele… W praktyce nikt nie przejmuje się nadmierną produkcją psów, a te ras uznawanych za agresywne nie obchodzą nikogo tak samo (albo, o zgrozo jeszcze bardziej), niż psy ”łagodnych ras”, czy nieszczęsne ”miko psy”.

Konieczność corocznego uczestniczenia z psem w egzaminie weryfikującym kondycję psychiczną psa rasy ”agresywnej”, a właściwie to teamu ”pies rasy agresywnej&jego właściciel”, który z człowiekiem taki pies powinien tworzyć, także wzorowana na rozwiązaniach naszych sąsiadów, byłaby jedynie konsekwencją wymienionych wcześniej zmian. Jak i odczuwalny w sensie finansowym podatek, znowu: także i tym bardziej dla hodowców, którzy spośród wszystkich możliwych ras, zdecydowali się rozmnażać przedstawicieli akurat tych, uznanych za ”agresywne”. Podatek, którego wysokość, w przypadku nabywcy psa takiej rasy, może ulec zmniejszeniu, o ile odbędzie on z psem/psami określone kursy – to też odniosło skutek za naszą zachodnią granicą. (Na marginesie: oferowanie szczeniaków rasy uznawanej za agresywnej [ale i jakiejkolwiek innej] na sprzedaż, na portalach/serwisach, między majtkami, kompletami opon i podróbkami perfum jest praktyką pożałowania godną. Szczytem, najdelikatniej mówiąc: buractwa – widzisz takie ogłoszenie i wiesz już wszystko, co musisz wiedzieć, by ocenić ”hodowcę”. ”Hodowla”, choć amatorska ma być podobno ”planową”. ”Planowa hodowla” oznacza, że nie produkujesz szczeniaków a potem starasz się je zbyć byle komu. Pierwszemu z brzegu przypadkowemu człowiekowi, który się nawinął. Ten przygnębiający brak myślenia ”państwa hodowców” bardzo dobrze obrazują sytuacje, w których produkują z byle jakich psów, byle jakie szczeniaki, potem byle jak i byle komu, je sprzedają. Ale mają oczekiwania i pretensje wobec nabywców (te wobec psów to często tylko kreacja na użytek klientów, przecież ci tzw hodowcy robią psy, żeby je po prostu sprzedać), co najmniej tak, jakby cały proces był maksymalnie przez nich przemyślany i zaplanowany, a nie od początku do końca, kierował nim przypadek. (Pretensje tacy ”hodowcy” mają jakby sami byli ”na poziomie”, czyli posiadali wykształcenie kierunkowe, do wyprodukowania szczeniaków użyli najlepszych ”komponentów” a ich przyszłych właścicieli selekcjonowali w sposób, w który czołowe korporacje wyłaniają prezesów.)

Tego rodzaju rozwiązania, czyli ograniczenia nasuwają się same absolutnie każdemu, kto chwilę posiedzi w ”kynologii mejdinPoland”. A jednak polscy ”kynolodzy” jakoś nie chcą w Sejmie lobbować na rzecz tego rodzaju zmian…

Podatek od sprzedaży szczeniąt, tuż obok wymogów dotyczących zdrowia psiaków (badania to spory wydatek), przejrzysty wykaz działających w Polsce hodowli oraz samych rasowych psów, dostępny nie jedynie dla ”dopuszczonych do wiedzy tajemnej” członków poszczególnych stowarzyszeń, ale w trybie informacji publicznej, dla każdego zainteresowanego, też raczej nie pasuje polskim ”miłośnikom psów”. Rzetelna baza danych odpowiedziałaby na pytanie ile mamy w Polsce rasowych psów, czyli takich, które mają udokumentowane pochodzenie (te mityczne rodowody) i na świat przyszły w wyniku celowego działania ludzi należących do stowarzyszeń zrzeszających hodowców, zwłaszcza psów ras agresywnych. Bo, w końcu ile ich jest?I co dokładnie się z nimi dzieje? Jakie są ich losy po tym, jak towar-pies zostaje sprzedany przez danego ”producenta”/”wykonawcę usługi”, czyli hodowcę, klientowi?

Taki wykaz mógłby też pokazać, którzy hodowcy najgorzej wybierają nabywców na szczenięta, w efekcie czego psiaki z ich przydomkiem przodują jako te ”z drugiej” ręki, stając się podopiecznymi fundacji i pseudofundacji. Lub wprost: trafiają do schronisk, stając się obciążeniem dla podatnika. Lub gorzej jeszcze: do pseudohodowli. Ale takiej prawdziwej a nie do hodowli nazywanej ”pseudohodowlą” dlatego, że prowadzona jest pod szyldem innym niż ”Związek Kynologiczny w Polsce”. Do takiej autentycznej pseudohodowli, w której w warunkach potwornych wręcz, zmusza się psiaki do rozmnażania, traktując jak automaty do generowania zysków, maszynki do zarabiania pieniędzy.

Szczególnie przy rasach uznawanych za agresywne oraz, gdy chodzi o charty, które także łatwo mogą zostać wykorzystywane w działaniach o charakterze przestępczym (kłusownictwo), taka wiedza jest pożądaną. Wykaz pozwalający dotrzeć do każdego urodzonego w którejkolwiek z polskich hodowli, osobnika, pozwoliłby dowiedzieć się co dzieje się z tymi wszystkimi przychodzącymi na świat, w naszym kraju, min. dogo oraz jaki jest procent chartów, które trafiają do rąk kłusowników. A może nawet ile chartów z Polski ”sprzedawanych jest w świat” i w efekcie trafiają np. do Chin? Wpierw do ”stajni” wyścigowych, gdzie eksploatuje się je jako maszynki do zarabiania pieniędzy podczas wyścigów psów, potem używa się ich jako maszynek do produkcji szczeniąt, a gdy już i do tego przestają się nadawać, to sprzedaje się je do rzeźni. I kończą, umierając w męczarniach, którym najgorsze filmowe horrory nie dorównują. By ostatecznie wylądować na talerzach chińskich smakoszy psiego mięsa. Czy nie ”byłoby super” móc dokładnie sprawdzić los każdego urodzonego w Polsce psa rasowego? Tego psa o ”udokumentowanym pochodzeniu”. Psa, który na świat przyszedł dlatego, że ktoś (podobno) dokładnie sobie zaplanował, że z danej pary ”mają być szczeniaczki”, hm? Los każdego charta, psa rasy uznawanej za agresywną, Cocer Spaniela, Jamnika, Buldoga Francuskiego, Labradora, Yorka etc.?

Moglibyśmy poznać odpowiedzi na bardzo wiele pytań i dzięki temu zbudować mapę niezwykle dużo mówiącą o kondycji poszczególnych ras w naszym kraju (w tym średniej długości życia w przypadku poszczególnych ras) oraz samych hodowcach rasowych psów. Gdy mówimy o argentynach, kanarach albo środkowychazjatach, możliwe, że nawet dowiedzielibyśmy się tego, ile ze szczeniaków z danego miotu nie miało dość silnych ”pomp”, by przetrwać narkozę podczas nielegalnego zabiegu obrzynania im uszu i numery chip i/lub tatuaży do nich przypisane, zostały zgłoszone jako ”nieaktywne”. Dalej: zyskalibyśmy możliwość dowiedzenia się po latach, czy dany pies np. właśnie rasy Dog Argentyński albo presa kanaryjska żyje i ma się dobrze, czy może już nie żyje? I dlaczego nie żyje? Co się z nim stało? Padł ze starości, został poddany eutanazji w związku z przewlekłym i ciężkim schorzeniem? A może uśpiono go z uwagi na poziom agresji? Może wykończył go ”skręt kich” albo jego życie zakończył inny osobnik podczas ”spięcia na terenie hodowli” lub ”nieszczęśliwy wypadek” w trakcie nielegalnego, po prostu pseudopolowania? No, a może ”po prostu” zginął w nielegalnie urządzanych walkach psów albo ”rozpłynął się w niebyt”, co nie wyklucza, iż użyto go jako narzędzia w niezgodnym z prawem, po prostu bandyckim procederze…

Pamiętajcie, że psy ras uznawanych za agresywne pierwotnie trafiały w poszczególnych krajach na te ”listy”, dlatego, że traktowano je i wciąż się je tak (przynajmniej w bardziej kynologicznie cywilizowanych krajach) traktuje, jak broń. Jako narzędzia, które mogą łatwo stać się niebezpieczne dla ludzi oraz innych zwierząt. To, że u nas w praktyce okazuje się, iż tego rodzaju narzędzie, jakim jest pies ”rasy agresywnej”, można dowolnie zbywać byle komu, kolportować, ”gubić” itp. Że może on.o ”zapaść się pod ziemię” i tyle, oznacza, że mamy szalenie wręcz niski poziom kynologicznej kultury i pod tym względem jesteśmy trzecim światem.

Mioty Dogów Argentyńskich ”trzaskane” są od mniej więcej dekady, bo od tego czasu rasa ta wciąż zyskuje na popularności – co rusz powstają nowe hodowle, ogłaszane są kolejne mioty. Gdzie więc są wszystkie te psy? Nie widać ich na wystawowych ringach, na których od ras niemniej od dogo popularnych aż się roi. Czy powodem są te poobrzynane uszy? To ”przez uszy” nie widać tylu argentynów na wystawach? Czy wszystkie te ”kilogramy dogo” oglądane są jedynie przez ”zacnych kynologów” na tychże ”specjalnych przeglądach” dla psów z ”wadami nabytymi”? I dalej są rozmnażane, byle jak, byle gdzie i byle komu sprzedawane? A może wszystkie są głuche i usypiane po przeprowadzeniu BAER TEST? Może są zbyt agresywne i ich właściciele nie umieją nad nimi zapanować, więc 24/7 trzymają je w przydomowych kojcach? Czy jednak wszystkie tak nonszalancko ”trzaskane na prawo i lewo” białe, są tak marnej klasy, że nawet ich właściciele zdają sobie sprawę z tego, że ciąganie ich na wystawy byłoby narażaniem się na śmieszność i niepotrzebne wydatki, więc ”cieszą się nimi z domowym zaciszu”? No, a może, dla odmiany wszystkie te psy są ”piękne” i ”szczęśliwe” i są dla swoich właścicieli ”żywym dowodem na to, że marzenia się spełniają”? Czy te pytania nie zasługują na odpowiedzi?

Normalne opodatkowanie hodowców ukróciłoby wolnoamerykankę i ostudziło zapał do produkcji psów. Każdy z nich prowadzi przecież swego rodzaju przedsiębiorstwo. Każdy z nas, nie-hodowców, sprzedając cokolwiek, odprowadza do Urzędu Skarbowego podatek, osobno lub w towar wliczona jest stawka VAT. Kupując psa rasowego, jako nabywcy mamy obowiązek zapłacić US podatek od wzbogacenia się. Biorąc pod uwagę, że szczeniaki w niektórych rasach osiągają ceny kilku tysięcy złotych a nawet euro, hodowla to czysty zysk. Nie jest możliwe by, nawet płacąc dysponentowi reproduktora kilka tysięcy za krycie i odchowując miot, przy stawkach jak np. w rasie Buldog Francuski (ZKwP/FCI), czyli od 6 tysięcy złotych wzwyż za sztukę (średnio w miocie jest 5-6 sztuk) tzw hodowca nie ”wyszedł na swoje”. Dogo Argentino to od 5 tysięcy za szczeniaka, a w miocie jest średnio 6 szczeniąt (kto nie robi BAER TEST, ”spyla” wszystkie.) Załóżmy miot, w którym jest sześć sztuk; pierwszy szczeniak pokrywa koszt krycia, drugi to koszt utrzymania miotu do momentu sprzedaży (a dodatkowo: hodowcy mają zniżki na karmy w niektórych firmach, zniżki u lekarzy weterynarii, których są stałymi klientami, niektórzy sami szczepią itp., itd.), trzeci niech będzie pokryciem kosztów uzyskania uprawnień hodowlanych (przyjmijmy, że to pierwszy miot, taki ”na start”), czwarty, to kasa na następne krycie (jeśli nie używa się psa koleżanki, z którą jakoś tam się ”dogaduje”), dwa pozostałe to już czysty zysk. Nie liczę ”dodatkowych” wystaw, bo naprawdę można zrobić 3 obowiązkowe, jakoś ”blisko domu” – ewentualna reszta, to widzimisię hodowcy. Jak pies jest mierny, to i pierdylion championatów nie zrobi z niego psa dobrego a tytuły nie mają wpływu na jakość szczeniąt (co widać, już choćby na fejsbukowcyh profilach hodowców i na ulicy, gdy mija się potomstwo tych wszystkich ”championów”.). Biorąc pod uwagę cenę za jednego szczeniaka ww ras nie dziwi w Polsce i 2 tysiące euro + … W tych „tańszych” rasach, to samo: też jest zysk, po prostu krycie kosztuje mniej, utrzymanie tyle samo, co w droższych.

Abstrahując od konkretnych ras: każdy kto potrafi liczyć doskonale rozumie, że gdyby ten biznes się nie opłacał, byle tipsiara albo znudzona pani domu, by się za niego nie brała. Analogicznie różne ”męskie typy” (czasem i spod ciemnej gwiazdy), które się ”hodowlą jarają”, nie ”inwestowałby” w budowę większej ilości kojców itp. Trzeba pamiętać też, że są TZW hodowcy rozmnażający więcej niż jedną rasę i mający więcej niż jeden miot w roku rozliczeniowym. Psy rozmnaża się, by móc je sprzedać.

Działania, ”ograniczenia”, przed którymi tzw hodowcy tak się bronią, wymienione powyżej rozwiązałby także kwestię pseudoinspektorów z pseudofundacji. Terroryzujących nie tylko hodowców, ale i zwykłych ludzi, którzy swoich zwierzaków nie rozmnażają. To nie jest tak, że nie można skonstruować dobrego prawa. Takie prawo po prostu zbyt dobrze by funkcjonowało i skończyłoby się tzw kręcenie lodów. Nie ma w Polsce jednej bazy chipów i, numerów tatuaży i danych pochodzących z metryk psów, w której rejestrowane byłby wszystkie psy. Nie ma takiej bazy nie dlatego, że to jest ”niemożliwe”, ale dlatego, że środowiskom lobbującym za zmianą prawa dotyczącego zwierząt, w tym i rozmnażania tych towarzyszących oraz ”pomagania im”, tak jest wygodnie. Każde środowisko lobbuje w kierunku, korzystnym z uwagi na własny interes.

Gdyby ”pies rasowy” nie wiązał się z kasą, nikogo by nie obchodziła jego definicja. W Sejmie wciąż się mieli… Czasem bardziej, czasem mniej, ale nieustająco… Bo to jest wielka kasa ”do chapsnięcia”.

Jeżeli nie ma żadnej prawdziwej instytucji, która ”ogarnia cały kynologiczny bajzel”, to na arenę wkraczają wszystkie te fundacje, ”fundacyjki” i pseudofundacje

Gdyby wszyscy ci etatowi ”miłośnicy psów” rzeczywiście chcieli rozwiązać problemy od lat nękające polskie psiarstwo (wybaczcie, ale słowo ”kynologia” zbyt często używane jest teraz do tego, by mordy wycierali nim sobie zwykli oszuści), pseudo.pro.zwierzęce organizacje nie miałby racji bytu. Istniałby porządek, w którym pseudomiłośnicy psów a w rzeczywistości ludzie nierzadko terroryzujący Bogu ducha winnych hodowców-amatorów, nie mieliby czego szukać. Ale ów porządek uniemożliwiłby finansowo korzystny chaos, z którym obecnie mamy do czynienia.

Trzaskanie miotów jest dla tzw hodowców wartością nadrzędną. Trzaskanie ich bez odpowiedzialności związanych z ”niezgodnością towaru z umową”, w znaczącej części bez ewidencjonowania zarobków, które ze sprzedaży psów pochodzą. Trzaskanie ich w pełnej …amtorszczyźnie. I karmiąc się marzeniami o tym, że ”W końcu dojedziemy konkurencję i monopol definitywnie będzie nasz!”. Z drugiej strony ”neutralizowanie skutków” braku odpowiednich regulacji prawnych jest jedynym co daje tym wszystkim ”fundacjom” i prawie ekoterrorystom pretekst do istnienia i ściągania kasy od ich ”patronów”. Są jak koncerny farmaceutyczne: nie chodzi o to, żeby pacjenta wyleczyć, ale by utrzymywać go w stanie, w którym jest chory i ciągle, i ciągle kupuje ”leki”. By utrzymać go w stanie, w którym po prostu ciągle finansuje dany koncern. Tylko ludziom spoza tego kynologicznego światka wydaje się, że ”przecież chodzi o to, żeby zapobiegać problemom, a nie walczyć z ich skutkami”. Nie ciągniecie kasy z tego, że te problemy są, istnieją, więc nie macie pojęcia o jaką kasę toczy się gra. I dlaczego celem istnienia tak wielu jest, by toczyła się nieustająco.

Rozmowy raz po raz wracające w środowisku tzw hodowców, o ”nakazywaniu ludziom nabywającym psy ich sterylizowanie lub kastrowanie”, prowadzone także na internetowych forach, bez oglądania się na to, które środowisko w największym stopniu odpowiada za rozmnażanie psów, porażają brakiem płynącego z nich poczucia odpowiedzialności państwa tzw hodowców, jakiejś autorefleksji… A chodzi o rozmnażanie praktycznie tylko pozornie, gdy przyjrzeć się temu z punktu widzenia potencjalnego konsumenta, odbywające się w ramach jakichś zasad, które niby decydują o tym, czy te psy można i czy ”powinno” się rozmnażać… Nikt z grona najliczniej rozmnażających nie chce opodatkowania hodowli, opodatkowania kasy ze sprzedaży każdego ze szczeniaków z osobna. Nikt nie chce prawa, w którym rozmnażanie psów obciążonych kalectwem traktowanie jest jako forma znęcania się ze szczególnym okrucieństwem. Nikt nie chce też rozstrzygnięcia kwestii lokalowych, związanych z rozmnażaniem psów, czyli wymogu, by psy wolno było rozmnażać jedynie w hodowlach prowadzonych na terenach wiejskich, na posesjach stanowiących własność hodowcy. A tym bardziej nikt nie chce przepisów, określających ścieżkę edukacyjną, którą musiałaby przejść osoba zamierzająca rozmnażać psy. Gdyby powyższe było określone czytelnymi przepisami, nie byłoby psudofundacyjnych biznesów i biznesików robionych na psim (i kocim) nieszczęściu. Więc po co skuteczne prawo? Jasne i łatwo egzekwowane prawo utrudnia kręcenie kynologicznych lodów.

Pomyślcie: czy gdyby ograniczono ilość kwalifikowanych do rozmnażania psów, do rozrodu dopuszczając jedynie osobniki przebadane pod kątem eliminacji schorzeń najczęściej nękających poszczególne rasy, rodziłoby się aż tyle szczeniąt? Czy gdyby hodowcą nie mógł zostać ”byle zapijaczony typ spod budki z piwem”, jak to właściwie jest możliwe dziś, a jedynie ktoś mający do tego odpowiednie kwalifikacje (przede wszystkim wykształcenie), ktoś dysponujący nie tylko odpowiednim lokum, ale i konkretnym zapleczem finansowym (umożliwiającym mu min. wypłacenie odszkodowań nabywcom, którzy zakupiliby od niego psy niezgodne z umową, obciążone wrodzonymi wadami), ktoś nigdy niekarany, nieposiadający niebieskiej karty, wolny od alkoholizmu, nigdy nieskierowany na leczenie psychiatrycznie, a przepisy jednoznacznie określałyby czy i jak, tj. na jakich zasadach odpowiedzialność za wchodzące w skład stada hodowlanego danej hodowli psy, rozkłada się na osoby wspólnie prowadzące gospodarstwo domowe i hodowlę, niepozostające jednak w związku małżeńskim (i nieprowadzące spółki), po to, by nie dochodziło więcej do sytuacji, w których konkubina/konkubent ”na zbity pysk” wyrzuca z domu konkubenta/konkubinę, który/która jednak także w dokumentach psów wpisany/a jest jako ich właściciel/ka, a mimo to psy trafiają ”pod opiekę fundacji”, która przeprowadza ”zbiórki na ich utrzymanie i leczenie”, czy polska kynologia byłaby na nieco wyższym poziomie niż dziś? Odpowiedź jest oczywista.

Ale rodzi kolejne pytanie: czy rozmnażanie tzw rasowych psów ma być sposobem na reperowanie domowych budżetów przez absolutnie wszystkich, którzy robiąc szczeniaczki te budżety chcą sobie podreperować? …

Zawsze, czytając jakieś doniesienia o ”fundacyjnych aferach” i ”pseudohodowlanych praktykach” bierzcie pod uwagę, że rzadko kiedy w tym środowisku podział jest czarno-biały: na ”złych” i ”dobrych”. I że ”nie będąc w temacie”, nie znając ”dokonań” ani tych ”dobrych, ani tych ”złych”, łatwo możecie stać się ofiarami manipulacji, więc się nie ekscytujcie.

Koniec części pierwszej.

Zuza Petrykowska

Feel Free to Disagree‚ i zostaw komentarz. Ale pamiętaj, że kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć i/lub grafik bez zgody autora jest zabronione.

(DRUGA CZĘŚĆ) ”NAJGRUBSZE RYBY W STAWIE” UTRZYMUJĄ PH STOJĄCEJ WODY NA ”WŁAŚCIWYM” POZIOMIE – SŁÓW PARĘ NA TEMAT: ”SKĄD W ‚KYNOLOGII’ TYLE PATO…?”

”Siedzenie na fejsbuku” i nieczytanie książek

Problemy rozwiązuje się poprzez dyskusje. Dyskusja to taka ‚zdobycz cywilizacji’ – zamiast się okładać można rozmawiać, nawet na tzw trudne tematy. Ale dyskutować też trzeba umieć. Dziś praktycznie wszystko co może kogoś ”urazić”, określane jest mianem ‚hate spech’ – co jest kompletnym szaleństwem. Tym bardziej, że merytoryczna krytyka, która niektórych tak bardzo ”uraża”, nie ma nic wspólnego z wrogością, czy nienawiścią. Jednak niektórzy preferują uchylanie się od merytorycznych dyskusji, argumenty nazywają ‚hejtem’, a ich artykułowanie traktują jako ”atak”. Nie klei się to, bo ‚hejt’ nie ma argumentów – nie jest racjonalny i nie jest dialogiem – nie ma w nim miejsca na dyskusje. A problem nie znika tylko dlatego, że się o nim nie mówi albo nie pozwala się naświetlać go innym. Jeżeli uważasz, że dany argument jest ”nietrafiony”, to wyświetl go, pokaż innym i poddaj krytyce – czyli omów i przedyskutuj go. I wskaż jego nieadekwatność. Udowodnij, że twój oponent się myli, że nie ma racji. Ale rób to merytorycznie – korzystaj z osiągnięć cywilizacji i dyskutuj.

Oplucie kogoś tekstem, że jest ”pseudohodowcą” nie spełnia, nie realizuje tego, co zawiera się w słowie ”dyskusja”. Przyklejenie łatki jest proste i nic poza tym. (No, może jeszcze to, że wskazuje na prostactwo ‚przyklejacza’.) Próba zdyskredytowania niedoszłego rozmówcy ”łatką” nie sprawi, że problem, na który ten ktoś zwrócił uwagę, przestanie istnieć. To nie działa tak, że ”załóż klapki na oczy a zagrożenie zniknie” – po prostu ty przestaniesz je widzieć. Nie chodzi o to, żeby wszyscy się ze wszystkimi zgadzali i sobie kadzili – taki układ nie daje niczego dobrego, przeciwnie: prowadzi do patologii. Każdy może krytykować mój punkt widzenia, tak samo jak ja mogę krytykować punkt widzenia każdej innej osoby. Nigdy jednak nie szanowałam i szanować nie będę tych, którzy nie umieją dyskutować i każdą rozmowę sprowadzają do podszytego nieopanowanymi emocjami, ideologicznego konfliktu, zamiast skupić się na faktach: argumentach. Etykietkowanie kogoś ”pseuduchem”, tylko dlatego, że ”nie gra w twojej drużynie” i/lub nie podoba ci się co mówi, jak krytykuje twoją organizację i wskazuje ”syf na twoim podwórku”, to nie ”dyskusja”. To zwykłe tchórzostwo i/lub brak inteligencji.

Chcąc rozmawiać o kynologii, tak samo jak na każdy inny temat, wpierw musicie potrenować retorykę, nauczyć się artykułować swoje myśli i formułować argumenty. Wasze wypowiedzi musi cechować zrozumienie zagadnienia na temat którego się wypowiadacie; opieranie się na faktach, którymi dowodzicie swoich racji, a nie emocjach. Po to, abyście mogli jak najlepiej, jak najczytelniej i w cywilizowany sposób swój punkt widzenia, jego przyczyny oraz motywacje, które wami kierują i argumenty, zaprezentować osobom, z którymi prowadzicie dyskusję. Najlepsze dyskusje to te, w których spotykają się różne punkty widzenia. Bo z takich dyskusji rodzą się refleksje i wnioski. Bo takie dyskusje wnoszą ‚powiew świeżości’, pozwalając na dane zagadnienie spojrzeć inaczej i nierzadko dostrzec coś, co wcześniej umykało. Bo, mówiąc krótko, takie dyskusje poszerzają horyzonty. Ale dyskusje, a nie gównoburze – te obnażają jedynie niski poziom ich ”kreatorów”.

Smutne jest to, że dzisiejsza kynologiczna kultura jest na tak niskim poziomie, że właściwie powszechnie przyjęto, iż ‚normalnym’ jest, a w każdym razie coraz mniejsze zdziwienie i oburzenie budzi, że niektórzy ”kynolodzy” prezentują się innym, szczególnie w social media, jako obrzucający błotem wszystkich, którzy mają inne zdanie niż oni i/lub należą do innej organizacji kynologicznej itd., itp. Cóż, nie nauczyli się prowadzić dyskusji w swoich rodzinnych domach i nie nauczyło ich tego ich kynologiczne środowisko. Tym samym zdolność cywilizowanego prowadzenia dyskusji i sporów zdaje się wśród psiarzy z dostępem do fejsbuka, zanikać. Może więc ”cerowanie” deficytów w retoryce i budowaniu rzeczowych, przemyślanych wypowiedzi jest tym, na co powinny w pierwszej kolejności postawić związki kynologiczne w kontekście ”kołczowania” swoich członków?

”Rasowość psa rasowego” – co pamiętają i o czym wiedzą”najstarsi górale”, a o czym pojęcia nie mają zatrute propagandą żółtodzioby, czyli ”ostatni z miotu nie dostaje metryki” oraz ”inne” międzynarodowe federacje kynologiczne

Środowisko ZKwP lansuje tezę, że pies nieposiadający dokumentów wystawionych przez to stowarzyszenie nie może być uznawany za rasowego. Że pies bez metryki wystawionej przez ZKwP, nie mający dokumentu uznawanego przez FCI jest kundlem, psem z pseudo, psem w typie rasy. Cóż… Młodsi ”najstarsi górale” (pod warunkiem, że interesują się kynologią) także wiedzą, że dopiero z początkiem lat 90tych ubiegłego wieku, ZKwP zrezygnowało z praktyki niewydawania metryk ”nadliczbowym” szczeniętom. Tych ”nadliczbowych” szczeniaków (gdy w miocie urodziło się powyżej 6 sztuk) w ogóle nie rejestrowano. Tak więc, gdy w jednym miocie na świat przyszło np. 8 sztuk, to choć wszystkie osiem miało tych samych przodków, wiecie rodowody itd., to dwa z nich nie miały papierów z ZKwP i były… kundlami, psami ”w typie”, jak ”z pseudo”…

Jakaś część hodowców obchodziła jakoś ten zapis regulaminu swojego stowarzyszenia. Pisali jakieś pisma i upraszali tych ”wyżej”, by wolno było im zarejestrować cały, nierzadko naprawdę liczny miot. Zgoda maiła zależeć od zobowiązania hodowcy, że dana suka, matka tego zbyt licznego miotu, ponownie nie urodzi, dokąd nie zregeneruje się jej organizm – hodowca nie mógł jej pokryć przez kilka kolejnych cieczek. Tak więc można mniemać, że powodem tej ”restrykcji”, zwyczaju rejestrowania jedynie 6 szczeniaków z miotu, miało być ”dbanie o kondycję suki” – nie obciążanie jej zbyt licznym miotem. Ale ”nadliczbowych” bardzo często wcale nie usypiano. (Po co było blokować sobie sukę na naprawdę długi czas?) Były więc ”kundlami”, psami ”nierasowymi”, które i tak sprzedawano, może ”oddawano”… I ”szły w świat”… I w szerszym znaczeniu, ponownie: praktycznie nikogo nie obchodziło co się z nimi dzieje. Co dzieje się z tymi prawdziwymi ”rasowymi kundlami”Pokłosiem tej praktyki było to, że wielu cwaniaków-naciągaczy sprzedawało ludziom naiwnym, autentyczne kundle i mieszańce jako te ”nadliczbowe rasowce bez metryk” i to jeszcze długo po tym, jak ZKwP z tej ”restrykcji” zrezygnowało. Oczadziałe kitowaniem żółtodzioby przekonane są, że niewydawanie metryk szczeniakom urodzonym ”pod skrzydłami” Związku Kynologicznego w Polsce to mit, ”kłamstwo wymyślone przez pseudohodowców spoza Związku”. Sorry, ale nie. ”Rasowe Kudle” w Związku Kynologicznym w Polsce nie rodzą się dopiero od początku lat ’90 ubiegłego wieku.

Niektórym wydaje się, że Fédération Cynologique Internationale to coś takiego jak NATO, UE albo ONZ, a FCI to tylko Międzynarodowa Federacja Kynologiczna. Największa, ale wcale nie najstarsza i niejedyna federacja zrzeszająca organizacje hodowców psów z ”całego świata” (w rzeczywistości z 86 krajów). FCI przyjęła system, zgodnie z którym tylko jedna ‚organizacja’ hodowców psów z danego kraju ma ”przywilej” współpracy z tym tworem. Rozwińmy do zdanie, bo należy wyraźnie podkreślić, że FCI jest federacją, która w większości przypadków zrzesza po jednej organizacji/federacji z danego kraju, która to federacja/organizacja zrzesza stowarzyszenia/kluby/organizacje hodowców psów wzajemnie się w tym kraju uznające i z sobą współpracujące. Polska jest więc dosyć wyjątkowym przypadkiem, gdyż w naszym kraju chodzi konkretnie o jedno stowarzyszenie, a nie dowolną liczbę stowarzyszeń/organizacji/klubów, które należą do ‚federacji’ i się nawzajem uznają, i z sobą współpracują. W wielu innych krajach zastrzeżenie dotyczące ‚tylko jednej organizacji członkowskiej z danego kraju’ dotyczy przynależności Jednej Federacji Zrzeszającej Stowarzyszenia/Organizacje Wzajemnie Się Uznające i z Sobą Współpracujące. FCI nie przewiduje by np. 2 (lub więcej) duże organizacje/federacje zrzeszające hodowców w danym kraju, równocześnie mogły z FCI współpracować. Ale my pamiętajmy, że zgodnie z polskim prawem nie można mówić ”pseudohodowca” o kimś, kto psy rozmnaża zgodnie z polskim prawem, czyli pod szyldem któregoś z legalnie w Polsce działających stowarzyszeń/organizacji mających swoje regulaminy itp., tylko dlatego, że to stowarzyszenie/organizacja nie nazywa się ”Związek Kynologiczny w Polsce” i nie działa jako członek Fédération Cynologique Internationale. Są hodowcy działający zupełnie legalnie i z sukcesami poza strukturami ZKwP/FCI (i to od dawna) i bardziej nawet od nich profesjonalnie postępujący, gdyż wykonujący badania DNA w kierunku potwierdzenia pochodzenia danego psa. Bo w Polsce nie ma obowiązku należenia do konkretnego stowarzyszenia po to, by psy rozmnażać. A organizacji stanowiących alternatywę dla hodowców, którym ZKwP nie odpowiada, jest ”trochę” i nieprawdą jest, że ”wszystkie powstały w roku 2012”, czyli ”z okazji” nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt – takie twierdzenia, to bardzo, bardzo brzydka manipulacja konsumentem.

Jeżeli od zawsze słyszysz, że ”tylko FCI”, że ”rasowy pies to taki, który ma rodowód z FCI”, że ”tylko ZKwP jest ok, a wszystkie hodowle spoza ZKwP, to pseudohodowle”, to nie myślisz nawet o tym, żeby szukać sobie psa gdzie indziej. Po co? Dlaczego? Skoro to wszystko inne, to ”pseuduchy”? Przecież pogardzasz pseuduchami i źle im życzysz, więc nie będziesz od nich psa kupować, nie?

Tyle że to nie jest tak. Nie ma ”jednej i jedynie słusznej federacji hodowców psów”, po prostu: ta najbardziej znana jest najbardziej znana. ”Jedna i jedynie słuszna” to jest dokładnie taki sam kit, jak to nawijanie przez ”speców” z ZKwP, szczególnie na przestrzeni lat 2012-2015, o ”uszach ciętych z poszanowaniem ustawy o ochronie zwierząt”. Że niby można w Polsce kopiować psu uszy i/lub ciachnąć ogon, żeby wyglądał ”tradycyjnie”, tak jak się ”wszyscy” przyzwyczaili przez dekady, że pies danej rasy wygląda, w ramach jakichś ”medycznych przesłanek”. No i po prostu psom uszy i/lub ogon ciachali, żeby ”wyglądał”. Nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo za ile i nie wiadomo kto dawał się namówić na przeprowadzanie zabiegów zagrożonych nie tylko utratą prawa do wykonywania zawodu, ale i karą pozbawienia wolności. Jakoś, gdy przychodziło do pytań o nazwiska lekarzy weterynarii, którzy zabiegi przeprowadzali i adresy placówek, zapadała cisza… Co na świstkach pt. ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu” widnieje, poza właścicielami okaleczonych psów, wiedzą tylko psiarze w Oddziałach Związku Kynologicznego w Polsce, w których te zaświadczenia zalegają… Tak więc psy ciachali jacyś ”nieznani sprawcy weterynaryjni”, a właściciele tych ciętych psów okraszali owo ciachanie wierutną bzdurą, że to niby ”ze względów medycznych”. Tyle że te ”medyczne względy”, gdy pociągnąć za język właściciela planowo okaleczonego psa, zawsze okazywały się ”super tajnymi danymi medycznymi”… Wszystkim w około takie kity wstawiali. Przez całe lata. I ja też się na to nabrałam. Wyłączyłam myślenie, zaślepiona tekstami ”doświadczonych hodowców” – łatwo mi było, bo mi się kopiowane podobały bardziej i nie obchodziły mnie ”magiczne obrzędy”, w których psy traciły fragmenty małżowin usznych. Tylko że, gdy zaczynasz samodzielnie myśleć, to pewne rzeczy przestają się ”kleić”. Kiedy samodzielnie, nie oglądając się na fukanie ”przyjaciół” i ”znajomych”, zaczynasz szukać informacji i weryfikować je, a za nimi wszystkie te opowieści dziwnej treści, ze stanem faktycznym, czyli prawnym stanem, to narracja cwaniaczków sypie się w jednej chwili i rozpada się jak domek z kart. (https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2015/11/17/winter-is-comming-rozmnazacze-nieprzebadanych-psow-koniec-tabu-kopiowania-obcinania-psom-uszu/) FCI zrzesza największą liczbę hodowców i ma największą, jak to się mówi ”bazę genetyczną/hodowlaną”. Najwięcej rodowodów jest w bazie FCI i wielu hodowców uważa dane z FCI, w kontekście treści owych rodowodów, za niepodważalne fakty. Nie ma jednak wymogu by dane zawarte w metrykach i rodowodach z FCI, uwierzytelniane były certyfikatami DNA. Można więc przyjąć, że wiara w treści rodowodów psów z logo FCI, co najmniej niekiedy opiera się na… zaufaniu. I… samej wierze. Kynologia to nie religia, ale cóż…

Przy okazji, zauważcie jak śmieszno-straszne są też teksty o ”kradzieży” wzorców ras, które to można przeczytać na internetowych forach albo wprost usłyszeć od niektórych ”ideologicznie kynologicznie zaangażowanych”. Że niby jedna federacja kynologiczna ”ukradła” wzorce ras drugiej, czy trzeciej kynologicznej federacji. To, że ‚pies jest danej rasy’ oznacza, że spełnia kryteria zarówno dotyczące tzw wyglądu, jak i psychiki, które cechują ‚jego rasę’ oraz ma tzw udokumentowane pochodzenie. (Aczkolwiek, jeśli zagłębicie się w zasady dotyczące tego, jak w poszczególnych organizacjach członkowskich FCI, czyli w różnych organizacjach z tych 86 krajów w FCI zrzeszonych, podchodzi się do zagadnienia ‚udokumentowania pochodzenia psa rasowego’ odkryjecie znaczące różnice. Będą one dotyczyły nie tylko zasad na podstawie, których dany hodowca może zadecydować o użyciu danego osobnika w hodowli, ale i tego, jakie taki pies musi mieć dokumenty – z uwagi na mój osobisty sentyment do rasy Dogo Argentino z mojego punktu widzenia takimi ciekawymi przypadkami są np. Hiszpania albo Włochy… Ale to jest temat na zupełnie inny wpis.) A jedynym co ewentualnie ”formalnie” różni go od jakiegoś innego psa, który także jest przedstawicielem tej samej rasy, to organizacja, do której należy hodowca, który tego psa wyhodował.

Wzorzec danej rasy przedstawia optymalny model psa tejże rasy, model będący najdoskonalszą możliwą ‚wersją psa danej rasy’. Opisany tam WZÓR psa zbudowany jest w sposób, który najlepiej umożliwi psu danej rasy wykonywanie pracy dla wykonywania której dana owa rasa powstała, a w niektórych przypadkach się wyłoniła. Powtórzymy: tzw ‚standard rasy’ opisuje możliwie najdoskonalej zbudowanego psa, który dzięki tej idealnej budowie fizycznej oraz właściwej dla swojej rasy psychice, temu mitologizowanemu niekiedy temperamentowi (bo wytyczne dotyczące pożądanej ”osobowości” także się we wzorcu znajdują), spełnia wymagania, które jego rasowość przed nim stawia – taki pies z powodzeniem może wykonywać określone zadania. Opowiadanie o tym, że wzorzec rasy został przez organizację X ”ukradziony” organizacji Y, przypomina sytuację, w której jeden koncern produkujący samochody zarzucałby drugiemu, że tamten też wybrał optymalne rozwiązanie i produkowane przez niego samochody też mają… koła. Dlatego w poszczególnych klubach/organizacjach wzorce danej rasy zazwyczaj są tożsame. A jeśli się różnią, to najczęściej z uwagi na to, iż jedni hodowcy niezwykle poważnie i surowo podchodzą do kwestii użytkowości psów ”swojej” rasy oraz jej pierwotnego przeznaczenia – i bywa, że nie godząc się na mody dotyczące interpretacji zapisów wzorca i mówiąc wprost, niszczenie ras, występują z federacji, która tym modom przyklaskuje i dopuszcza ”fantazyjne i oryginalne” interpretowanie zapisów standardu rasy. I tworzą niezależne od ”matczynej” organizacji związki, w których owych modyfikacji i mód nie tolerują. Podczas, gdy inni hodowcy ochoczo podążają za takimi modami. (Dodatkowo może nawet zadowoleni, że ”luzy” w interpretowaniu wzorców dają im możliwość robienia championów z najgorszej klasy odpadów hodowlanych.)

Najprostszym przykładem różnic we wzorcach jednej rasy, mogą być te dotyczące tzw oskórzenia, czyli dążenia jednych hodowców do uzyskania (za wszelką cenę) u psów danej rasy, nadmiernej ilości luźnej skóry na ciele. Tacy hodowcy nie tylko dążą do podkreślenia, ale przerysowania cech. Co powoduje kuriozalny wręcz wygląd hodowanych przez nich zwierząt, ale niesie za sobą także znaczące zmiany dotyczące komfortu życia hodowanych przez nich psów. (W tym praktycznie nieuleczalne, bo ciągle nawracające choroby skóry). Tak więc kuriozalność owych dążeń nie wynika jedynie z uwagi na karykaturalny wygląd psów hodowanych dosłownie pod kątem uzyskania takiego właśnie dziwacznego wyglądu, ale i z powodu ograniczenia funkcjonalności ras z tym problemem. Aż do kompletnej ich nieprzydatności do wykonywania pracy, którą pierwotnie miały wykonywać. Te psy nie mają żadnego praktycznego przeznaczenia poza ”wyglądaniem w określony sposób”. Różnice we wzorcach biorą się także z tego, że nie wszyscy hodowcy zgadzają się na postępującą miniaturyzację niektórych ras oraz na coraz krótsze kufy u psów ras brachycefalicznych. (W niektórych federacjach/klubach preferowane są kufy o długości niezagrażającej życiu psiaków, znacząco wpływającej na podniesienie wydolności układu oddechowego brachycefalików). Gdy mówimy o różnicach we wzorcach dobrym przykładem będą też Owczarki Niemieckie, bo istnieje przepaść pomiędzy ONkami na show, a tymi zdolnymi do pracy użytkowej. A przykładem niszczenia rasy w imię czyjegoś tam widzi mi się może być Mastino Neapoletano. Prześledźcie co stało się z tą rasą i to pod banderą FCI, w ciągu ostatnich 40 lat. Sprawdźcie, jak jeszcze w latach ’80 ubiegłego wieku wyglądały MN, a jak wyglądają aktualnie…)

Różnice ”najatrakcyjniejsze” dla ignoranckich konsumentów dotyczą umaszczenia psów. Ludziom nie mającym pojęcia o kynologii oraz pozbawionym chęci do przyswajania sobie zupełnie bazowej wiedzy z zakresu genetyki, gdy o kynologię chodzi, zazwyczaj ”najbardziej podobają się” psiaki o ”oryginalnym i nietypowym” dla swojej rasy umaszczeniu. A pamiętać należy, że im ”dziwniejsze” umaszczenie, tym potencjalnie więcej ryzyka dotyczącego zdrowia psa za sobą niesie. Poczytajcie sobie o genetyce umaszczeń. Dowiedzcie się skąd bierze się ”biały kolor sierści” i co to jest albinizm, co to jest ‚merle’ (+ geny letalne) oraz ”rozcieńczalniki”. Warto wiedzieć o konsekwencjach, które niesie za sobą eksperymentowanie tzw hodowców na psach… I nie ”rzucać się” na każde ogłoszenie w rodzaju ”Wyjątkowy, bo marmurkowy/niebieski Buldożek Francuski” albo ”Magnetyczny Biały Doberman”…

Parę słów o alternatywach;

Polski Klub Psa Rasowego – Polski Związek Kynologiczny to stowarzyszenie zarejestrowane w 2001 roku http://pkpr.5v.pl/index.html PKPR – PZK należy do powstałej w 1997 roku międzynarodowej, obecnie działającej w 62 państwach (kiedyś federacji, a dziś) fundacji Alianz Canine Worldwide http://alianzfederation.org/ – zmiana kwalifikacji nastąpiła po tym, jak hiszpański rząd uznał ACW za organizację non-profit, a w Hiszpanii, jak i np. Francji hodowla psów podlega pod państwowy nadzór. I w Hiszpanii uznawane są rodowody zarówno FCI jak i ACW http://alianzfederation.org/nuestros-miembros/. PKPR – PZK należy także do powstałej w 2010 roku Polskiej Unii Kynologicznej (PUK), która utworzona została jako federacja, do której pierwotnie należał PKPR – PZK, powstały w 1990 roku ZOND, czyli Związek Owczarka Niemieckiego Długowłosego, powstały w 2001 roku Klub Hodowców Rasy Owczarek Niemiecki ”KHRON” w Polsce, który po pewnym czasie z PUK wystąpił, oraz Polskie Stowarzyszenie Zoopsychologów i Polskie Stowarzyszenie Treserów https://rejestr.io/krs/347848/polska-unia-kynologiczna. To Polski Klub Psa Rasowego jako pierwszy polski związek kynologów, wprowadził obowiązek wykonywania badań genetycznych w kierunku ustalenia pochodzenia używanych w hodowli osobników. Warto też pamiętać, że gdy powstawała Polska Unia Kynologiczna jej twórcy liczyli, iż Związek Kynologiczny w Polsce przyłączy się do nich i to da nowy początek polskiej kynologii. Tak się jednak nie stało. Cóż, od 1 stycznia 2013 roku wszystkie psy i suki używane do hodowli w PKPR muszą posiadać certyfikaty DNA.

Polskie Porozumienie Kynologiczne http://www.ppk.org.pl/ , w którego skład wchodzą; Stowarzyszenie Właścicieli Kotów i Psów Rasowych (pierwotnie noszące nazwę ”Związek Właścicieli Kotów i Psów Rasowych”, ale z uwagi na naciski nazwę zmieniono, słowo ”związek” zastąpiono słowem ”stowarzyszenie”), Stowarzyszenie Hodowców Psów Rasowych, Canis e Catus, powstały w 2013 roku Anarex Klub Psów Rasowych (początkowo organizacja zajmująca się szkoleniem Owczarków Niemieckich), organizacje International Animal Guard oraz Zielony Czas, należy do powstałej w 2012 roku federacji WKU, czyli World Kennel Union http://worldkennel.org/en/. Mająca swoją siedzibę w Kijowie World Kennel Union, która dziś (za oficjalną stroną internetową) podaje, że należą do niej organizacje z 24 krajów, wyłoniła się, w wyniku zaistniałej w tamtym czasie sytuacji politycznej, z mającej siedzibę w Moskwie, International Kennel Union (IKU), czyli Międzynarodowej Unii Kynologicznej (Международный кинологический союз) http://www.iku.ru/. Hodowców należących do Polskiego Porozumienia Kynologicznego obowiązują standardy dotyczące wymogu wykonywania badań genetycznych potwierdzających pochodzenie osobników używanych w hodowli. Przynależność do PPK oznacza automatyczną zgodę na niezapowiedzianą kontrolę hodowli, której dokonuje przedstawiciel tej organizacji (zatrudniony na umowę o pracę lub dzieło inspektor posiadający uprawnienia do wykonywania takich kontroli). Hodowcy posiadający powyżej 5 psów, taką kontrole muszą przejść co 2 lata i nie ma mowy o sytuacji w rodzaju ”pies rozpłynął się w niebyt i nie wiadomo co się z nim stało”.

Polska Federacja Kynologiczna, także należąca do ACW, czyli Alianz Canine Worldwide to nazwa własna stowarzyszenia https://pfk.org.pl/o-nas/, które w 2010 roku zawarło umowę z Instytutem Zootechniki – Państwowym Instytutem Badawczym w Balicach, który na zlecenie tego stowarzyszenia przeprowadza badania DNA w kierunku potwierdzenia pochodzenia danego psa. Na podstawie tych badań nabywcy szczeniąt po miotach urodzonych w Polskiej Federacji Kynologicznej mogą dokonać weryfikacji pochodzenia psa niezależnym państwowym ośrodku badawczym.

Wykonywanie badań DNA w kierunku potwierdzenia oświadczenia zawartego w metryce psa oraz jego rodowodzie jest dziś standardem w liczących się stowarzyszeniach hodowców nienależących do ZKwP/FCI. Hodowcy należący do ”tych innych” stowarzyszeń wykonują profil dla każdego psa, którego nabywają, nim włączą go do hodowli. Rzecz jasna, można, będąc hodowcą, w którego stowarzyszeniu wciąż nie rozumie się, iż certyfikat DNA to absolutna podstawa, gdy rozmnaża się rasowe psy, ten fakt ignorować i udawać, że nie jest ważne, że wszyscy w około podnieśli już poprzeczkę. Można opierać się nieuniknionemu. Jak ci, którzy sto lat temu przyzwyczajeni i przywiązani do lamp naftowych, uważali, że elektryczność jest niebezpiecznym wynalazkiem. Można. Na tym polega wolność. Ale nie można mówić o ludziach, którzy amatorską hodowlę rasowych psów starają się wnieść na możliwie najbardziej dla amatorów profesjonalny poziom, nazywać ”pseudohodowcami”. A może ”można”, bo to, jak ”uszy” & ”dysplazja” nie są ”kompetencje” ZKwP? To czyje to są kompetencje? …

Ale do FCI wracając, żeby było jasne: aktualnie nie ma tematu ”więcej niż jedna ‚organizacja’ z danego kraju może należeć do FCI”. Nawet w sytuacji, gdyby jedna ‚organizacja’ zatrzymała się na etapie mentalnego PRLu z nastawieniem w rodzaju ”Jesteśmy zajefajni, bo mamy taki znaczek, jaki mamy i nic nie musimy, bo mamy ten znaczek”, a druga, trzecia itd., nowa i prężnie się rozwijająca, wprowadziła szereg wymogów, które podniosłyby jakość rozmnażanych zwierząt, poprzez postawienie na ich zdrowie (a nie jakieś dziwaczne interpretacje dotyczące fenotypu i to podobno inspirowane wzorcem rasy). Nie jest to więc chyba aż taka ”tragedia” dla kynologii, ten brak możliwości przynależenia do FCI więcej niż jednej ‚organizacji’ z Polski, jak co poniektórzy twierdzą. Przyznać jednak trzeba, że sytuacja ”nie ma opcji na dwie ‚organizacje kynologiczne’ z Polski, które należałyby do FCI” (fakt: największej federacji), wytwarza niezdrowy klimat na naszym kynologicznym rynku, bo w Polsce mówi się zawsze właściwie tylko o FCI, niesłusznie, po prostu niesprawiedliwie, bezpodstawnie, traktując wszystko co spoza FCI jako ”pseudo”.

I tak, jedni mają poczucie, że są ”zajefajni”, bo są z organizacji X i ich psy są ”rasowe” i ”lepsze od innych”, gdyż ich rodowody i metryki FCI uznaje. (O innych międzynarodowych federacjach zrzeszających organizacje hodowców psów rasowych albo w ogóle tacy psiarze nic nie wiedzą, albo im się wydaje, że Coś Tam ”wiedzą”). Więc ich psy są (ich zdaniem) ”lepsze” od ”pseudorasowych”, tych ”kundelków”, których dokumentów FCI nie uznaje. A drudzy wkurzają się, że ”klimat” ustalony przez założenia FCI i popularną w Polsce nawijkę, dyskwalifikuje ich jako wiarygodnych hodowców dla znaczącej części potencjalnych konsumentów. Niezależnie od tego ile korzystnych rzeczy dla psów by nie zrobili, bo nie chce z nimi współpracować gigant rynku, czyli FCI.

‚Pseudohodowla” to nie jest hodowla poza stowarzyszeniem Związek Kynologiczny w Polsce, tylko hodowla, która nie jest prowadzona w ramach regulaminu którejkolwiek z legalnie w naszym kraju działających, organizacji hodowców psów. Pseudohodowla to rozmnażalnia bez ”szyldu”. Nazywanie hodowców działających w innych niż ZKwP stowarzyszeniach ”pseudohodowcami”, jest nadużyciem, nieprawdą i nosi znamiona praktyk nieuczciwej walki z konkurencją, bo służy wykluczeniu owej konkurencji. A jest praktyką bardzo chętnie, nagminnie stosowaną przez tzw hodowców z ZKwP i sympatyków tego stowarzyszenia najaktywniejszych w social media. Z ZKwP, w którym to jeszcze plus-minus 25 lat temu hodowcy, jeśli w miotach urodziło się więcej niż 6 szczeniaków, nie mogli tych ”nadliczbowych” psiaków oficjalnie zarejestrować i produkowali kundle. (Już wiecie w czym swoje umocowanie miało to, że pies jest ”rasowy, ale bez rodowodu”.)

Jeśli chcesz iść na skróty, nie dziw się, gdy wdepniesz w …pole minowe

Zdarza się, że gdy czytam jak ludzie litują się nad jakimś ”biednym panem hodowcą”, przypominam sobie jego ”najlepsze zagrania” i w pierwszym odruchu mam ochotę napisać dłuuugi komentarz o jego ”dorobku”, a po chwili koryguje się, że przecież to nie mój cyrk i nie moje małpy. I mi przechodzi. Bo jeżeli ktoś naprawdę interesuje się daną rasą, prześledzi sobie jej dzieje w Polsce z ostatnich przynajmniej 10 lat. Pozna historie poszczególnych przydomków, dowie się z czego ”zrobione” były i są poszczególne stada hodowlane, które dały tym hodowlom początek (poczyta rodowody, zobaczy psy, a może i dowie się w których miotach, po których reproduktorach najwięcej było kalekich np. głuchych i jednostronnie głuchych szczeniąt…) i na tej podstawie wyrobi sobie własne zdanie. Nie tracę też już czasu na dyskusje z ludźmi, którzy piszą/opowiadają mi o tym dlaczego ”podobają się” im psy z hodowli X” i mają ”szacunek” dla pani/pana hodowcy z tej hodowli, gdy ”pięć minut w rasie” wystarczy, by wiedzieć, że dany pan albo pani należy do grona tzw hodowców, którzy tylko z uwagi na przynależność do stowarzyszenia ZKwP nie są określani mianem ”pseuduchów”. Nie bawię się też w ”ratowanie całego świata”, gdy ktoś mi opowiada/pisze jakim to ”przestępcą jest” ktoś ratujący zwierzęta albo, jak ”sympatyczną i wartościową osobą jest pani X z fundacji Y”… Pamiętajcie, że fundacje i pseudofundacje, behawioryści i pseudobehawioryści, szkoleniowcy ze swoimi szkoleniami i pseudoszkoleniowcy i ich pseudoszkolenia, wystawy i wystawki-ustawki, to jak pseudohodowle – po prostu działki kynologicznego biznesu. Ot, co. Wy musicie ”wyjść w teren” rysować, tworzyć własną mapę, by unikać pól minowych (w rodzaju np. ”współwłasność z ‚hodowcą’ z zaburzeniami typu borderline”). I uwierzcie: wbrew pozorom jest to znacznie łatwiejsze niż się wam wydaje. Pamiętajcie tylko, że pośpiech wskazany jest jedynie przy łapaniu pcheł.

Jest taki (całkiem dziś częsty) typ nabywców rasowych psów, którzy nie umieją panować nad emocjami i ”trzymać ciśnienia”. ”Zastanawiają się”, ”analizują”, ”planują” i generalnie wydaje im się, że ”wiedzą o co im chodzi, czego chcą i czego potrzebują”. Wcześniej potrafią miesiącami dopytywać o różne, różniste kwestie, ”dzielić się refleksjami” itd. Po to, by w końcu oznajmiać, że ”podjęli przemyślaną decyzję i czekają na szczeniaka z miotu X z hodowli Y”. A któregoś dnia: BUM! Okazują się być jak ludzie, którzy zdecydowali się np. wybudować dom za naprawdę spore pieniądze albo wydać duuużą sumę na ”wesele marzeń” i długo odkładali na ten cel fundusze, ale tuż przed ”godziną zero”, ”TEGO” dnia u ich progu staje kolega/koleżanka, oznajmiając, że właśnie wybiera się do kasyna i może oni też się zabiorą i sprawdzą swoje szczęście, jeśli mają ”trochę luźnej kaski, bo Iksińskiemu, jak w zeszłym tygodniu spróbował, to się poszczęściło”. No i ten typ ludzi pakuje do reklamówki gotóweczkę i jedzie do ”kasyna”… Efekt jest taki, że nie ma ”budowania domu” ani ”wesela marzeń”. Kasa się rozpływa… Przepuszczają ją pod wpływem idiotycznego impulsu. A wszystko dlatego, że koleżanka/kolega kupił/a ”ślicznego pieseczka” z hodowli ABC i oni nie mogli się powstrzymać i też sobie takiego ‚strzelili’… Że rasa inna od ”zaplanowanej” i ”przemyślanej”, ”dostosowanej do możliwości, trybu życia kupującego”? Że hodowla skrajnie przypadkowa a rozmnażane w niej psy to pokraki-koszmarki? Nieważne. Emocje wzięły górę. I ok. Spoko. Mnie osobiście takie akcje serdecznie latają. Ludzie są wolni i mogą robić co chcą. Ale to pożeranie czasu innych (zabawa w polecanki i nie-polecanki, pytania ”Na co zwracać uwagę?”), angażowanie innych w pseudoplany, przez osoby, które tak postępują, jest słabe. Więc, zanim zaczniesz zawracać d… jakiemuś hodowcy albo mnie, upewnij się, że nie zmarnujesz naszego czasu. A, i reasumując: nie polecam kierowania się emocjami. (Zazwyczaj źle się na tym wychodzi.)

Inbred: kojarzenia krewniacze/kazirodcze; krycie matki synem, córki ojcem, między rodzeństwem, czyli homozygotyczność, dryf genetyczny i ‚takie tam’

Gdy tzw zwykły tzw Kowalski chce kupić rasowego psa, to praktycznie szczytem jego świadomości na temat ”papierologii” związanej z ‚rasowością’ owego psa, jest to, że ten pies ma mieć rodowód: udokumentowane pochodzenie. Nie kupuje ów Kowalski takiego psa ”na bazarze”, tylko szuka legalnie działającej hodowli. Z uwagi na to, że na polskim rynku kynologicznym dominującą pozycję wciąż zajmuje najdłużej działające i największe stowarzyszenie hodowców psów, tj. Związek Kynologiczny w Polsce (ZKwP), gdy przykładowy, ”coś nie coś wiedzący” Kowalski wybiera hodowlę, zwyczajowo wybiera spośród tych działających pod szyldem ZKwP. To na czym przykładowy i powiedzmy, że ”całkiem świadomy” Kowalski nie zna się zupełnie i o czym nie ma pojęcia, to inbred, czyli łączenie w rozrodzie blisko spokrewnionych z sobą osobników (jak w przypadku małżeństw endogamicznych); chów wsobny/ kojarzenie krewniacze. A inbred jest metodą chętnie stosowaną przez niektórych hodowców rozmnażających rasowe psy. Możesz więc kupić psa z legalnie działającej hodowli, będącego potomstwem z krycia córki ojcem albo matki synem i jeśli hodowca nie poinformuje cię, że pies pochodzi z takiego kojarzenia, możesz się o tym dowiedzieć np. dopiero wtedy, gdy zdrowie twojego pupila zacznie ”nawalać”. A co ma wspólnego chów wsobny ze zdrowiem?

Zacznijmy od tego czym jest homozygota – żeby się nie rozpisywać posłużę się krótką i rzeczową definicją zawartą w Wikipedii: ”Homozygota – organizm posiadający identyczne allele danego genu (np. aa lub AA) w chromosomach. Homozygoty wytwarzają zawsze gamety jednakowego typu – identyczne pod względem materiału genetycznego (danej cechy). Homozygotyczność może dotyczyć jednego, kilku lub nawet wszystkich genów w organizmie.” [Gen to odcinek DNA. Chromosom to forma organizacji materiału genetycznego wewnątrz komórki. Allel to jedna z wersji genu. I najczęściej występuje w określonym locus na danym chromosomie homologicznym (są to chromosomy o tym samym kształcie i wielkości, zawierające podobną informację genetyczną, czyli te same geny). Locus występuje w określonym obszarze chromosomu zajmowanym przez gen, jest jak pojemnik na fragmenty informacji genetycznej. Gameta to komórka rozrodcza zawierająca haploidalną ilość chromosomów – czyli tylko jeden zestaw chromosomów homologicznych.] Tak więc homozygota to organizm powstały z połączenia się gamet o tym samym składzie genetycznym w odniesieniu do danej pary lub kilku par genów.

Stosując inbred uzyskuje się tzw. czyste linie osobników o dużym stopniu homozygotyczności – zanika zmienność genetyczna, może nastąpić uzewnętrznienie się cennych kombinacji genowych w populacji i ich utrwalenie wśród potomstwa. (Osobniki takie wykorzystywane są w doświadczeniach laboratoryjnych – i min. tego tematu dotyczyć będzie kolejny tekst na blogu Zu z pasją o Dogo Argentino.) W amatorskiej hodowli psów rasowych, gdy mówi się o inbredzie, generalnie chodzi o ‚utrwalenie korzystnych cech potomstwa’, ale jest w tym istotne ”ale”.

Do negatywnych następstw inbredu należy częste ujawnianie się recesywnych genów letalnych, czyli powodujących śmierć organizmu (albo na skutek zaburzeń rozwoju zygoty, albo osobnika zanim osiągnie on zdolność do rozrodu). Skutkiem zwiększonej homozygotyczności jest, wynikająca z mutacji (skokowych zmian materiału genetycznego komórki – to ten moment, gdy powinna się nam zaświecić czerwona lampeczka ”wad genetycznych”), selekcji (doboru osobników) i dryfu genetycznego (procesu przypadkowych wahań, niedających się przewidzieć, odchyleniach od wartości średniej zmiennej losowej, nie wykazujących żadnej tendencji), depresja inbredowa. Depresja inbredowa, czyli obniżenie dostosowania (z ang. fitness – jest miarą sukcesu ewolucyjnego – wypadkową długości życia i liczby potomstwa) osobników powstałe w wyniku kojarzenia krewniaczego. Ten spadek ‚fitness’ objawia się zmniejszeniem płodności i plenności, zmniejszoną witalnością, odpornością na choroby, wydelikaceniem fenotypu (zmniejszeniem rozmiarów i masy ciała, słabszym kośćcem), zwiększeniem wrażliwości na niekorzystne warunki środowiskowe oraz ogólnym osłabieniem odporności psychicznej.

Tak to już jest: w rodowodzie psa nie znajdziesz ‚podkreślonej na czerwono’ informacji, że pochodzi on z chowu wsobnego, czyli kazirodczego skojarzenia. Nikt cię też raczej nie będzie informował o tym czym jest indred. Jeśli Kowalski będzie mieć pecha, to dowie się wszystkiego o tzw metodach hodowlanych, gdy jego pies zacznie chorować a może nawet umrze. Wtedy zacznie się sprawdzanie, badania itd. Jeśli Kowalskiemu się poszczęści to, że ma psa z chowu wsobnego dowie się, gdy będzie mu wyrabiać rodowód. Nie bądź ”Kowalskim” i interesuj się tym, co pies, którego zamierzasz kupić ma w swoim rodowodzie, zanim go nabędziesz. Nie bądź nawiną osobą i licz na to, że od tzw hodowcy ”na pewno” otrzymasz ”pełną informację o towarze”.

Kojarzenie krewniacze w amatorskiej hodowli rasowych psów wykorzystywane ma być do utrwalenia cech ‚wybitnego’ osobnika – kwestią nie do przecenienia staje się więc odpowiedź na pytanie co w dzisiejszych warunkach, dla ”fejsbukowych kynologów” oznacza pojęcie ”wybitny osobnik”?

Hodowcy mogą sobie mówić i pisać różne rzeczy, włącznie z podkreślaniem, że ”inbred mogą stosować jedynie doświadczeni hodowcy”, bo to nic nie znaczy. Bo to ich nic nie kosztuje (dosłownie i w przenośni). Bo to nie oni ponoszą skutki swoich ”doświadczeń” i ”sprawdzania co wyjdzie”, gdy problem pojawia się u psa, którego sprzedali jakiemuś Kowalskiemu… W kynologicznym biznesie jest niestety bardzo inaczej niż na innych rynkach. Tu bardzo często wszystko sprowadza się do tego, że ”bardzo się staramy” i ”robimy co możemy”. I o ile, gdyby takimi tekstami usprawiedliwialiby się np. ludzie, którzy składają spadochrony, gdy im ”nie wyszło” i spadochron się nie otworzył. Nikt nie zawracałby sobie głowy słuchaniem takich żenujących wymówek. Tacy ”specjaliści” szybko byliby pociągani do odpowiedzialności. Jednak, aktualnie wciąż jeszcze konsumentem na psa rasowego i tym jak bywa on traktowany przez ”dostarczyciela usługi”, czyli hodowcę amatora, od którego kupuje rasowego psa, nikt się nie przejmuje, a teksty w rodzaju ”chciałam/em dobrze” zamykają temat. Naprawdę przemyślcie sobie także tę kwestię, bo warto zerwać z tradycją ”mądry Polak po szkodzie” i zacząć ‚mądrzeć’ przed szkodą.

”Huston mamy problem” (w wyniku którego ci uczciwi hodowcy obrywają najgorzej i to nie za swoje winy)

Jedno z najbardziej ulubionych przez amatorów rozmnażających rasowe psy, powiedzeń brzmi ”Na geny nie ma mocnych” – no, to może ”fajnie” byłoby te geny znać, co?

Z jednej strony nie ma obowiązku wykonywania profilów DNA i w taki sposób potwierdzania pochodzenia danego psa (bo ”wszyscy są, w całym FCI krystalicznie uczciwi”). A z drugiej ciągle przewija się to paplanie i klikanie o (w tych warunkach dosyć enigmatycznej) ”puli genetycznej”. A w niektórych przypadkach dodatkowo ten stan rzeczy okrasza jeszcze inbred/chów wsobny/kojarzenia kazirodcze, te wyżej wspomniane krycia; matki synem, córki ojcem, siostry bratem… A co? a dlaczego nie? ”Tłumaczenie” tych działań zazwyczaj leci jakoś tak: inbred ”dobrze zastosowany” ma na celu ”utrwalenie wybitnych cech rodziców u ich dzieci”. Trzeba być jednak ”świetnym znawcą rasy” i ”być obiektywnym w stosunku do rozmnażanych osobników i nie przypisywać im cech, których nie posiadają”. No i ”lepiej nie stosować jak się nie ma o tym pojęcia”. Dla osłody dosłowny cytat z jednej z hodowczyń; ”Niektóre osoby z doświadczeniem, ogarniające temat z powodzeniem przeprowadzają czasem świadomie krzyżówki psów nawet blisko spokrewnionych”. Tak jej jakoś wyszło, że się po freudowsku ”wysypała”. Sami powiedzcie, czy te pańcie nie są ”urocze”, gdy tak sobie pitolą na forach?

Ciężko jest traktować poważnie zapewnienia amatorów, którzy nie mają nawet profilów DNA swoich psów, gdy twierdzą, że ”nie zauważyli niczego niepokojącego” u potomstwa z chowu wsobnego, albo że ”wszystkie szczeniaki po tym inbredzie były zdrowe”. (No, może poza tymi, które w wyniku wrodzonych wad zakwalifikowane zostały do eutanazji…)

Mówi się, że ”sztuka hodowania polega na minimalizowaniu ryzyka wad i poprzez odpowiedzialny dobór hodowlany, a hodując przyjmuje się odpowiedzialność za wyhodowany materiał” – praktyka pokazuje, że ciągle zbyt często tylko w teorii. Najbardziej popularny wśród pseudohodowców „plan hodowlany” to wyprodukować jak największą ilość „chodliwych” szczeniąt. Oczywiście najlepiej, by szczeniak był „z jak najwyższej półki”, czyli po ”Championach”, a hasło „zagraniczny reproduktor” podnosi wartość przyszłego miotu o ”parę złotych”. Znajomość cech jakie niesie ten ”Champion”, którego się w owym ”planie” używa, on jako konkretny osobnik, ale i cała ta ”linia”, z której pochodzi, już tak istotna nie jest…

Nabywcy alarmujący w social media o przypadkach ”wypięcia się” na nich przez ”ich” hodowców, gdy ci usłyszeli, że psiak nie jest zdrowy, a jego leczenie albo jedynie zaleczanie problemu, pociąga za sobą dodatkowe koszty oraz ci, którzy ujawniają, iż, ponownie używając eufemizmu: hodowca, od którego psa nabyli, zataił przed nimi, iż ten pochodzi z kojarzenia osobników niepełnosprawnych, genetycznie obciążonych, budzą w tych tzw hodowcach, znowu delikatnie mówiąc: otwartą wrogość. Niektórzy z tzw hodowców posuwają się nawet do twierdzeń, że nabywcy obciążonych, tj. niezgodnych z umową psów, ”nadużywają prawa do rękojmi”. Przyznam, że marzę o tym, by nabywcy, którzy powygrywali z nieuczciwymi tzw hodowcami sprawy z tytułu rękojmi, zaczęli spamować social media dowodami owych wygranych spraw, bo chciałabym wreszcie zacząć czytać o tym, że można pokonać arogancję i ignorancję tzw hodowców, gdyż dotąd nie wiedziałam wygranej przez nabywcę sprawy np. o, niech będzie: o cechy dysplazji.

Są wśród tzw hodowców tacy, którzy uważają, że jeśli nabywca traktuje psa jak przyjaciela, członka rodziny, to nie ma prawa ”traktować go jak przedmiotu” i wysuwać roszczeń wobec jego hodowcy, gdy ów pies wymaga specjalistycznej interwencji weterynaryjnej, generalnie specjalnej troski. Tacy tzw hodowcy uważają, że proponując nabywcy obciążonego psa oddanie go i/lub wymianę na innego, wolnego od schorzenia rozwiązują problem i wywiązują się ze swojej odpowiedzialności wobec nabywcy… A, gdy kupujący nie chce psa oddać albo wymienić go na ”nowy, lepszy model”, bo kocha swojego psiaka, to oni są zwolnieni z jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo przecież proponowali, że rozwiążą problem… Można sobie bardziej ostentacyjnie etyką tyłek podcierać?

To z czym mamy do czynienia, to jest amatorska hodowla psów rasowych, więc kwestia skuteczności dochodzenia roszczeń przez nabywcę drogą sądową jest… Szkoda słów. No, i pamiętajmy, że swego czasu, w związku z ilością zgłaszanych skarg i roszczeń wobec hodowców z ZKwP, z tytułu schorzeń psów, ich niezgodności z umową, stowarzyszenie to wydało nawet oświadczenie, mówiące, że …nie jest stroną.

”Sprawdzam” – z punktu widzenia konsumenta wolny rynek to same plusy, dla producenta niekoniecznie

Dla konsumenta istnienie na danym rynku konkurencji oznacza więcej okazji, perspektyw i możliwości. Konkurencja to poprawa jakości, sposobność dostrzeżenia różnic w owej jakości towarów i usług, różnic w rodzaju taniej-drożej, szybciej-wolniej itp., pozwala konsumentowi wybrać ofertę najlepiej dla niego przystosowaną. Dla ambitnego i stawiającego na jakość przedsiębiorcy konkurencja to szansa, by wyzwać konkurentów do stanięcia w szranki i wykazania się. Po to, by wygrać więcej.

Ale jeśli nie masz żadnej autentycznej ”karty przetargowej”, ”kapitału”, którym przekonujesz do siebie klientów, jeśli nie możesz przekonać ich do swojej usługi, bazując na jej autentycznej wartości, czyli jakości tej swojej oferty oraz np. stylu, w jakim ją swoim klientom dostarczasz (włączając w to zespół specjalistów, z którym współpracujesz, realizując usługę, technologię którą wykorzystujesz, finansowanie, którym dysponujesz), zależysz praktycznie jedynie od tzw uprzejmości obcych – albo będą na tyle ”mili”, że kupią od ciebie usługę/towar, albo nie. I dla tego właśnie rodzaju ”dostarczycieli usług i towarów”, tych nieposiadających ”asa w rękawie”, wolny rynek nie jest atrakcyjny – nie postrzegają go jako okazji do wykazania się. Przeciwnie, dla niech konkurencja to ryzyko. Oni nie patrzą z punktu widzenia konsumenta. Dla nich wolny rynek nie jest ekscytujący, widzą w nim jedynie zagrożenie – obawiają się, że zaczną zarabiać mniej i spadnie poziom ich życia. Są uzależnieni od ”substancji”, która dotąd od, tak po prostu do nich trafiała, bo nie było konkurencji, a w warunkach istnienia konkurencji muszą o dostęp do niej z ową konkurencją walczyć.

A gdy w wyniku nie istnienia konkurencji, tym samym praktycznego monopolu, nie nabywasz umiejętności, które nabywasz, gdy konkurencja istnieje (np. posiadanie wyczucia rynku, które sprawia, że oferujesz klientowi, którego ROZUMIESZ produkt/usługę, której on CHCE, zabieganie o klienta, w którym istotna jest świadomość tego, jak ważna dla klienta jest informacja o produkcie), gdy okazuje się, że aby utrzymać się na rynku, istnieć, musisz stanąć do ”konkursu”, w którym klient na usługę może wybrać ciebie albo innego jej dostawcę, panikujesz. Nie umiesz walczyć z konkurencją, generowaną przez siebie jakością, bo nie generujesz ”jakości” i jej nie oferujesz. Jeśli brak konkurencji w twojej branży nie nauczył cię wysiłku; nie nauczył cię, że aby zarabiać, musisz zabiegać o klienta, a nade wszystko rozumieć co jest czynnikiem sukcesu a co jest czynnikiem ryzyka, nie posiadasz określonych ”skilsów” i nie umiesz tego robić: nie umiesz ”radzić sobie na wolnym rynku”. Bo nawet nie rozumiesz rynku, na którym działasz. Za to chętnie wchodzisz w rolę ofiary, by osiągnąć swój cel, bo tam, gdzie nie ma uczciwej konkurencji, tam jest manipulacja. Dostarczycieli usług i towarów rozumiejących zasady wedle których działa wolny rynek, istnienie konkurencji nie przeraża. Przeciwnie, z powodzeniem wykorzystują ją do tego, by na jej tle ukazać swoje mocne strony i wykazać, w których aspektach są od konkurencji lepsi (niekiedy wręcz miażdżąco lepsi).

Kiedyś, w komunie wszystko było ‚proste’. Istniała jedna ”opcja” i nie było żadnego zagrożenia dla tego stanu rzeczy. Żadnego zagrożenia wynikającego z ”oferty innego dostarczyciela usługi”. Z oferty konkurencji – nie istniał wolny rynek. Klienta nie trzeba było ZNAĆ, nie trzeba było go SZANOWAĆ, bo on nie miał wyjścia nie mógł wybrać konkurencji, skazany był na to, co mu komuna oferowała. Czy kelner w ‚państwowej restauracji’ musiał się starać? Nie. Dostawał pensję niezależnie od tego jak swoją pracę wykonywał. I czy jedzenie, które podawał nadawało się do spożycia, czy nie. Na szczęście ten etap mamy już za sobą.

Otwarte dyskusje w gronie członków i sympatyków, czyli ”The Things I Do For Love

Nie tylko posty dotyczące psów obciążonych wrodzonymi schorzeniami są ”niemile widziane” na fejsbukowych grupach dedykowanych ”miłośników rasowych psów”.

Od wydawania wyroków są właściwe instytucje i to jest oczywista oczywistość i nie tego dotyczy poniższy fragment tego tekstu. Zakładam, że sprawa jest rzetelnie wyjaśniana, ”pykła” przecież z początkiem kwietnia a mamy już końcówkę lipca. I jest całkiem możliwe, że już wkrótce okaże się np., że ktoś chciał personalnie zaszkodzić jakiemuś innemu komuś. Bo ”dziobanie” to nic nowego i zdarza się w każdym środowisku. Nie zamierzam więc wnikać w to dlaczego osoba albo osoby za pośrednictwem której/ których informacje, choć nie ”utajnione” stały się publicznymi, zdecydowała/ zdecydowały się je rozpowszechnić. Nie dostałam też jasnej odpowiedzi na to dlaczego i do mnie je, anonimowo, żeby ciekawiej było, wysłano. (Nawet mnie to na swój sposób ubawiło.) W każdym razie najpierw dokumenty a potem skriny hasały w formie prywatnych wiadomości przez ”chwilę” i dohasały i do mnie. ”Gorączka” ”rozgrywała się” na początku kwietnia tego roku i wciąż się ”mieli”, jak na wstępie tego akapitu zaznaczyłam, nie jestem więc przekonana czy istnieje powód ”ekscytacji” odnośnie treści ”zarzutów”. Natomiast w całym tym ”cyrku” jedno, mimo wszystko autentycznie mnie zaskoczyło a nawet zszokowało. Mam na tu myśli ”przebieg dyskusji”, które temu zdarzeniu towarzyszyły. Z którymi to przebiegiem i treścią mogłam dzięki skrinom się zapoznać, bo co innego o czymś słyszeć a co innego móc TO przeczytać. Bije z tych postów jakaś taki ”niezdrowy klimat. To robienie zrzutów ekranów ”zanim TO zniknie” itd. To jest naprawdę dziwne. Bo czy transparentność nie jest najlepszym wyjściem, kiedy pojawiają się ”sugestie”, że ”coś niejasnego stało się wpłacanymi przez członków stowarzyszenia pieniędzmi”? Czy, kiedy w ”towarzyskiej sieci” krążą ”papiery”, roi się od plotek, gdy urywają się telefony, skrzynki napychane są ”prywatnymi wiadomościami”, a na forach kynologicznych grup członków i sympatyków ZKwP udostępniane są budzące zdziwienie/ niepokój/ oburzenie dokumenty, nie wystarczy uciąć ”spekulacji” oświadczeniem, w którym informuje się ludzi o zaistniałym faktycznie stanie rzeczy? Pomijając już treści tworzone przez członków i/lub sympatyków Związku Kynologicznego w Polsce na forach Serwisu Facebook, czy zwykły szacunek dla nich, jako członków Związku, tych szeregowych członków ZKwP, wolnych od toksycznych fejsbukowych koterii, nie wymaga rzetelnego przekazywania im wyczerpujących temat i wynikające z niego wątpliwości informacji?

Wczujcie się w klimat: https://www.youtube.com/watch?v=CAtN8l_I_wg;

Między 15 a 23 lipca bieżącego roku ”fejsbukowe wróbelki” ponownie rozćwierkały się o ”kryzysie”

O tym, co tak wzburzyło w pierwszych dniach kwietnia bieżącego roku, część członków ZKwP i co tak dramatycznie przecwałowało przez grupy na FB, w zakładce ”Aktualności” na stornie stowarzyszenia https://www.zkwp.pl/ informacji szczegółowych nie ma. Jeszcze w dniu 20 lipca 2019 r., na ww stronie, na szczycie paskaAktualności”, datowany na 15 lipca 2019 roku, wciąż widniał komunikat https://www.zkwp.pl/PISMO_ZG.pdf.

W zakładce ”ZARZĄD GŁÓWNY”, wchodząc w pole ”Komunikaty Zarządu Głównego” możemy prześledzić informacje, które ZG ZKwP na stronach Związku zamieścił. Najświeższa dotyczy: ”Zarząd Główny ZKwP na posiedzeniu plenarnym w dniu 26. 06. 2019 r. podjął następujące uchwały…

W KRS nie ujawniono żadnych zamian dokonanych w dniu 6 kwietnia bieżącego roku, odnośnie personalnych roszad w Zarządzie Głównym, choć minęły już kwiecień, maj i czerwiec…

A informacja z ww oficjalnej strony internetowej ZKwP, z zakładki ”ZARZĄD GŁÓWNY” → ”WŁADZE NACZELNE” mówi nam, iż;

17 lipca tego roku na Facebooku pojawiła się kolejna informacja.

Pismo organu nadzoru nad stowarzyszeniem Związek Kynologiczny w Polsce, czyli Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy

Choć na oficjalnych stronach Związku Kynologicznego w Polsce na razie brak nowych konkretnych, szczegółowych informacji, na fejsbukowych grupach związkowe ”wróbelki” ponownie rozćwierkały się o ”kryzysie”. Nieoficjalna, ale powiązana z ZKwP strona podała konkretną informację, a czerpiący z niej dane użytkownicy Facebooka na grupach dla członków i sympatyków stowarzyszenia ZKwP, od 18 lipca przez kilka dni rozwodzili się nad ową informacją i jej domniemanymi skutkami. Z informacji tej wynikało iż 17 lipca, do Sądu Rejonowego w Warszawie – Krajowego Rejestru Sądowego wpłynęło pismo od Prezydenta m.st. Warszawy, czyli od organu nadzoru nad stowarzyszeniem Związek Kynologiczny w Polsce. Treść pisma stwierdza, iż uchwały o zmianie statutu ZKwP podjęte w dniu 31 maja 2019 bieżącego roku zostały podjęte z naruszeniem Statutu Związku i Prawa o stowarzyszeniach. No, a to ma wiązać się z ‚nieważnością zmian personalnych dokonanych w składzie Zarządu Głównego’. Organ nadzorczy nakazujące Związkowi Kynologicznemu w Polsce przywrócenie stanu sprzed 31 maja 2019 r. w terminie 30 dni…

Aktualizacja na oficjalnych stronach ZKwP pojawiła się po fejsbukowo rozćwiekanym weekendzie, i tak, dziś, tj. 25 lipca 2019 r., w zakładce ”Aktualności”, ponad informacją z 15 lipca, widnieje nowa, datowana na 23 lipca Informacja Prezydium ZG ZKwP https://www.zkwp.pl/Ldz.pdf (zrzut ekranu z jej treścią także zamieszczam poniżej), która nie tyle stanowi odniesienie do pisma skierowanego do władz ZKwP przez Prezydenta m.st. Warszawy, co oficjalnie informuje, że owo pismo do biura Zarządu Głównego w dniu 22 lipca wpłynęło.

Nie pozostaje nic innego jak sprawdzać nowiny na oficjalnych stronach ZKwP. A dla tych, którzy taką możliwość posiadają lub po prostu ‚chce im się’, sprawdzać o czym ”ćwierkają wróbelki” na fejbukowych grupach kynologicznych powiązanych z tym stowarzyszeniem.

”Hodowle butikowe” – ”wysepka nadziei w morzu chaosu”

Na wstępie podkreślę, że to nie jest ”czyste teoretyzowanie” ani ”bajanie”. Istnieją hodowle prowadzone w taki sposób. ”Mądralińcy kynolodzy i kynolożki z fejsa” mogli o nich nie słyszeć, ale to bez znaczenia.

Gdyby hodowca, który jako amator zajmuje się rozmnażaniem psów jednej rasy, czyli prowadzi amatorską hodowlę psów rasowych, chciał robić to możliwie najbardziej profesjonalnie, nie będąc naukowcem, nie mając do swojej dyspozycji ośrodka badawczego itd., to poza wrodzoną uczciwością i przestrzeganiem zasad etyki, musiałby mieć na swoje hobby pieniądze. Czyli musiałby dysponować zapleczem finansowym, pozwalającym mu na… Ok, po kolei.

Na początku na zakup zwierząt o możliwie jak najlepiej udokumentowanym pochodzeniu i jak najlepszym stanie zdrowia. Czyli psiaków posiadających certyfikowane wyniki badania DNA, które potwierdzają treść wpisaną w ich metryki i rodowody oraz posiadających, także certyfikowane wyniki badań dokumentujących, iż są one wolne od wad typowych dla przedstawicieli swojej rasy. I szukałby osobników, których jak największa ilość przodków jest od tych wad wolna. Tak, sam tego rodzaju ‚risercz’, zaznajomienie się z rynkiem i kondycją danej rasy, wymaga mnóstwa czasu i zaangażowania, ale o to właśnie chodzi w pasji – niczego nie robi się ”na skróty”.

Gdyby okazało się, że kondycja rasy jest na takim poziomie, że za ”udokumentowane pochodzenie” uchodzi jedynie treść wpisywana w metryki i rodowody większości osobników w owej rasie i badanie DNA nie jest standardem to, by potwierdzić lub wykluczyć tę, w żaden sposób wcześniej nieweryfikowaną treść zawartą w metrykach, wykonałby profilowanie genetyczne każdemu zakupionemu przez siebie osobnikowi. Jeżeli miałby szczęście osoba, od której zakupiłby swojego pierwszego psiaka, nie czyniłaby mu żadnych przeszkód na drodze tej weryfikacji i udostępniłaby mu próbki rodziców psa, którego pochodzenie ów amator chciałby zweryfikować. Od tego momentu pasjonat wykonywałby profilowanie genetyczne każdemu ze swoich psów. Tak, tych, które przyjdą na świat w jego hodowli także, a raczej przede wszystkim. I tą drogą budowałby bazę, która przez innych, chcących z nim współpracować amatorów, mogłaby być traktowana jako ”wysepka nadziei w morzu chaosu”.

Decydując się na połączenie z sobą dwójki osobników i utworzenie z nich pary hodowlanej, taki amator wiedziałby już, że oba te zwierzaki są na pewno potomstwem osobników, które widnieją w ich metrykach (a może i rodowodach). Wiedziałby też, że wolne są od następujących wad – powiedzmy, że rozważamy sobie teraz tego rodzaju ”amatorską hodowlę na poziomie” psów rasy Dogo Argentino, więc nasz amator dysponowałby osobnikami wolnymi na pewno od jednostronnej głuchoty (gdyż tę wykryć można bardzo wcześnie), że ich uzębienie, zgryz są prawidłowe (z wszystkimi rozwiniętymi z zalążków zębami), że ich aparat ruchu całkowicie wolny jest od dysplazji stawów oraz innych wad, tak samo jak serce i nerki (upewniłyby go w tym aktualne wyniki badań). Że psy mają zdrową także np. tarczycę – systematycznie wykonywałby wszystkim swoim psom rozszerzone badania krwi, z których czerpałby wiedzę o ich kondycji. Że nie są obciążone alergiami objawiającymi się min. trudno zaleczalnymi zmianami skórnymi oraz problemami z przewodem pokarmowym. Co nie mniej ważne, wiedziałby też jak u tych osobników ułożyła się genetyczna mozaika, z której się składają/są ”zrobione”, gdyż oba psiaki, taki amator musiałby zakupić już jako osobniki po zakończonej fazie wzrostu. Czyli jako zwierzęta dorosłe. Wiedziałby jak rozwinął się samiec (być może nawet mógłby zostać zapewniony, że pies ten jest płodny) oraz suka (czy nie ma kłopotów z cieczką?). Jedyne czego w takiej sytuacji nie byłby pewien nasz amator, to na ile osobowość tych psiaków, to wpływ nawyków, które wytworzyli w nich poprzedni opiekunowie, czyli na ile na ich psychikę wpływ miało otoczenie, w którym przebywały, a na ile jest ona kwestią dziedziczenia cech. I choć nawiązanie więzi z tymi psami, pozwoliłoby mu rozwiać znaczącą część tych wątpliwości, to prawdę o tym, ‚co te psy mają w sobie w sensie psychicznym’, poznałby odchowując miot po dobranej przez siebie parze i poznając osobowości poszczególnych szczeniąt.

Amator chcący postępować jak najbardziej profesjonalnie, mając, mimo wszystko, mimo tego finansowego zaplecza i tzw warunków lokalowych, ograniczone możliwości, a chcąc hodować psy, które z czystym sumieniem może potem przekazać, czyli sprzedać innym ludziom, nie ”przeginałby” i nie kupowałby, jak opętany kolejnych osobników, które 24/7, jak skazańcy gniłyby w kojcach. Gdyż amatorska hodowla psów rasowych, jak przecież wiemy, powinna różnić się od profesjonalnie prowadzonego schroniska dla niechcianych psów. Amatorska hodowla psów rasowych nie jest też ośrodkiem badawczym i nie rozmnaża się w niej psów, które mają zasilać kolejne eksperymenty naukowe. Hodowcy amatorzy rozmnażają psy, których potomstwo trafia do domów innych ludzi, co oznacza, że sprzedawane przez hodowcę amatora psiaki muszą umieć z tymi ludźmi, w ich domach (i skupiskach ludzkich) bezkolizyjnie funkcjonować. Nie można, rozmnażając psy rasy naprawdę wymagającej od swojego człowieka pełnego zaangażowania psychicznego (rasy uznawanej za agresywną), tracić z nimi kontaktu i całymi dniami trzymać je w kojcach. Z dala od siebie, nie zapewniając im interakcji z człowiekiem, mającym być przecież dla nich przewodnikiem. Bo przestaje się ”ogarniać”, traci się obraz tego, ”jakie one są”, te niby ”twoje psy”. (To jak ze znajomymi, jeżeli zbyt długo z nimi nie rozmawiasz i nie widujesz ich, nie masz ”kontaktu”, to przestajesz ich znać – stają się nieznajomymi.)

Tak więc teraz, gdy nasz amator-ideał dobrał w parę samca i sukę, skupia się na odchowaniu szczeniąt i prawdziwej pracy hodowlanej. Tj. poznaje efekt swojego pomysłu na skojarzenie; ogląda szczeniaki i przekonuje się jaki typ osobowości, jaką psychiczną konstrukcję ma każdy z nich. Dla ”amatora na poziomie” przyjście na świat miotu nie jest równe z daniem ogłoszenia, że oto: ”Mam na zbyciu 7 szczeniaków, szukam na nie kupców.” Taki hodowca zostawia szczeniaki i je obserwuje. Te, które od razu odrzuci jako pety, może ogłosić jako szczenięta na sprzedaż, już gdy mają tych 8 tygodni. Ale pozostałe obserwuje. Czeka na to jak rozwiną się zgryzy, czy w uzębieniu będą braki? Czy samcom jądra zejdą naturalnie, czy też okaże się, że wystąpił problem wnętrostwa? Jak rozwiną się głowy, jakie cechy fizyczne staną się u tych szczeniaków dominującymi? Itp., itd. (Każdy ”zgrzyt”, to element odsiewu – psiak jest wnętrem? Trudno, to pet -ogłaszaj, że szukasz dla niego godnego opiekuna, współwłaściciela albo nabywcy. )

A propos: jeżeli w tych przykładowych siedmiu szczeniakach, dwa okazały się być petami niekoniecznie ze względu na wadę umaszczenia, ale np. z uwagi na bardzo nietypowe, nieładne głowy albo złe proporcje, to owszem, tę dwójkę może ogłosić jako szczenięta, na których szuka kupców, bo nie ma sensu dłużej im się ”przyglądać”. Ale dopiero po tym, jak wykona BAER TEST. Gdy psiaki mają 8 tygodni, nasz wymyślony amator od Dogo Argentino, zabiera je na BAER TEST i może się okazać, że z 7ki szczeniąt, jedno jest kompletnie głuche (i to szczenię jako niepełnosprawne usypiane jest od razu), a z pozostałych 6u, jedno jest jednostronnie głuche – czy amator zdecyduje się ogłosić je jako psiaka dla którego szuka domu? To powinno zależeć od tego, jak przebiegnie rozmowa z jego potencjalnymi nowymi właścicielami. Jeżeli potencjalni właściciele rozumieją ograniczenia wynikające z tego, że potencjalnie ich pies słyszy tylko na jedno ucho, a nasz amator uzna ich za godnych zaufania, może im psa sprzedać. Pies ten jednak nie powinien być przekazywany za cenę wiele wyższą od ceny szczepień, a jak wiemy ludzie niezbyt szanują ”rzeczy”, które przychodzą im zbyt łatwo albo są zbyt tanie. Dlatego w przypadku tak upośledzonego psa, może lepiej byłoby, gdyby amator nie zrzekał się całkowicie jego własności na rzecz osób mających się stać opiekunami psiaka? Może w przypadku osobnika jednostronnie głuchego słuszniejszą formą znalezienia psu odpowiednich opiekunów, byłoby zaproponować im umowę ‚adopcyjną’, w której nie dochodzi do zupełnego przeniesienia prawa własności z hodowcy na opiekuna psa? Wbrew temu co o nabywcach i opiekunach psów opowiadają sobie tzw hodowcy, ludzie, kiedy traktować ich jak równorzędnych partnerów, tłumacząc dlaczego ma się wątpliwości, co do całkowitego zrzeczenia się prawa własności w przypadku psa z np. częściowo upośledzonym zmysłem słuchu, gdy dochodzi do nich, że nie chce się ich wykorzystać, wyrolować mówiąc, brzydko, ale ”dmucha się na zimne” w trosce o los psa, wspólnie z hodowcą proponują zapisy do umowie, które dają pełen komfort obu stronom, a psu bezpieczny dom. Ważne, by hodowca ze swojej strony zaznaczył, że pies jest przekazywany im za kwotę w wysokości X w związku z tym, że jest zwierzęciem niepełnosprawnym, które nie posiada przez to wartości hodowlanej i które nigdy nie będzie mogło być rozmnażane. Jednak, o ile pies ten nie posiada wady wymienionej we wzorcu rasy, jako dyskwalifikującą go z show, to jeśli jego współwłaściciele będą mieli ochotę pokazywać go na wystawach, pierwszy właściciel, czyli hodowca, nie będzie czynił im przeszkód, o ile sami, z własnej kieszeni, będą ponosić koszty związane z wystawami. Pamiętajcie, że kastrowaną sukę czy samca także można pokazywać na show. (Owszem, do szału doprowadza tzw hodowców, gdy na ringu z ich hodowlaną suką/hodowlanym samcem wygrywa osobnik kastrowany, którego właściciel wystawia, bo ma przyjemność z uczestniczenia w wystawach i w nosie ma tych, którzy ciągają swoje psy na show, dla uprawnień hodowlanych, a każda przegrana ”wali ich po kieszeni” i podnosi im koszty ”hodowli”. Niektórzy tzw hodowcy domagają się nawet wykluczenia z pokazów osobników kastrowanych jako tych, którym zdarza się zdobywać najlepsze lokaty i tym samym utrudniać fenotypowo gorszym psom ”drogę do sukcesu”,) Istotne jest, by hodowca zapewnił w umowie opiekunów lub współwłaścicieli psa, że nie ma zamiaru niepotrzebnie ingerować w ich ”manie psa” i jedyne czego ”nie odpuści”, to jego kastracja. (Bo nawet pozostając głównym właścicielem takiego psa, ale nie mając go ”u siebie” i nie mając nad nim kontroli, nie ma się pewności, czy on nigdy żadnej suki nie pokryje…) Ktoś może uznać, że taki układ, tak wypracowane porozumienie, jest niemożliwe, ja uważam, poprawka: wiem, że wszystko zależy od ludzi i wystarczy nie być ”palantem” dla innych, a życie staje się dużo prostsze.

Amator Idealny obserwuje psiaki, których nie sprzedał, gdy miały tych 8-10 tygodni. Nie trzyma ich w kojcach, ale 24/7 uczy szczenięta właściwego koegzystowania z ludźmi, odnoszenia się do człowieka-przewodnika, bo one mieszkają w jego domu. Bo potem, te które sprzeda, mają mieszkać z innymi ludźmi w ich domach. Te psy nie mogą być ”dzikie” i ”walić byle gdzie”. Muszą znać zasady zachowania czystości, ale nie chodzi tylko o to. Kiedy traktuje się psy jak Najlepszych Przyjaciół Człowieka, poznaje się ich osobowości. Dzięki temu, gdy przychodzi czas, by większość z nich przekazać (sprzedać) ich nowym właścicielom, wystarczy jeden rzut oka na daną osobę, by wiedzieć czy ten ktoś nadaje się na opiekuna konkretnego psa, czy też zupełnie do tej roli nie pasuje. Gdy ma się pieniądze na hodowanie psów na poziomie, wykonuje się komplet badań wszystkim szczeniakom i dane, które w wyniku np. przeprowadzenia kontroli aparatu ruchu w okresie, gdy szczeniaki mają te 3,5 – 4 miesiące, są pierwszym krokiem do zbudowania mapy linii hodowlanej, dotyczącej konkretnie kwestii dysplazji i innych ewentualnych nieprawidłowości, które w tym czasie mogą już dać o sobie znać na RTG. Amator Idealny ma tzw serce do psów i wie, że trudno o smętniejszy obraz niż ”gumowy” i ”miękki jak plastelina” 6o miesięczny dogo… Dlatego dba o odpowiednie żywienie psiaków, oraz o to, by spędzały odpowiednią ilość czasu na świeżym powietrzu, ”łapiąc gibkość” i nabywając świadomość własnego ciała. (Psa, który czas od 2-3 do 6-7 miesiąca życia spędził w kojcu, w niedostatku aktywności fizycznej [i psychicznej], bo ”nie trafił się na niego kupiec”, od razu się rozpoznaje i to widok, który ”aż boli w oczy”. Tym bardziej, że nie wszystkie zaniedbania z tego okresu są do ”odrobienia” – chodzi zarówno o te fizyczne, jak i psychiczne.)

Oferowanie nabywcom podrostków mających; certyfikat DNA potwierdzający ich pochodzenie, wykonany BAER TEST (z wynikiem +/+ ), w chwili przeprowadzania sprzedaży wolnych od cech dysplazji oraz ewentualnie innych problemów (jak np. alergia), znających zasady zachowania czystości i wiedzących, że potrzeb fizjologicznych nie załatwia się w domu, psiaków z pełnym uzębieniem, nie wnętrów, wolnych od gołym okiem widocznego skutku złego żywienia, jakim jest ”wzrost skokowy”, o których psychice potencjalnemu nabywcy można powiedzieć bardzo wiele, włącznie i przede wszystkim z tym, że są zrównoważone, mają więź z przewodnikiem i nauczone są psychicznego radzenia sobie z nietypowymi i zaskakującymi je sytuacjami, zjawiskami zachodzącymi w otoczeniu oraz innymi zwierzętami, a także ludźmi, czyli, że są prawidłowo zsocjalizowane i dodatkowo jeszcze z zaznaczeniem, że dany psiak ma cechy, które kwalifikują go na show albo ich nie posiada, to coś, co niektórzy nazwą po prostu strategią biznesową, która stawia na jakość i spory zysk, dzięki tej jakości. I będzie to prawda. Ja jednak powiedziałabym, że tak właśnie hoduje się psy na poziomie: z wielkim zaangażowaniem i ”powoli”. I że za takie podejście hodowcy należy się nagroda w postaci znalezienia na psa kupca, który pracę takiego hodowcy uhonoruje, płacąc za podrostka cenę znacząco wyższą, niż za psa, którego ”zwyczajnie wyhodowałby” Jakiś Tam Hodowca. Hodowca na Poziomie zasługuje na honorarium – i nie przez przypadek w tym wyrazie słyszymy słowo ”honor”.

Profilowanie DNA vs. ”pula genetyczna” typu zagadka (i to taka bardzo w stylu ”pseudo”)

Niszowe hodowle, te najbardziej prestiżowe, których prestiż rodzi się z wyżej przeze mnie opisanego podejścia do rozmnażania psów a nie agresywnie prowadzonego w social media ”marketingu”, przetrzymują szczeniaki i swoje psiaki sprzedają, kiedy te są już w wieku kilku miesięcy. (Od razu zbywają tylko definitywne pety). Nie jest to (jeszcze?) styl hodowania popularny w Polsce, ale za granicą można znaleźć hodowców poszczególnych ras w taki właśnie sposób realizujących swoją kynologiczną pasję. Bez ciśnienia. Na spokojnie i z klasą. Ten styl hodowli daje podstawy do konkluzji, że mioty oferowane w szczenięctwie są czysto komercyjne, czyli ”robione” po to, by można było je sprzedać. Ot, co. I żeby było jasne: nie ma nic złego w robieniu komercyjnych miotów, zwłaszcza, że jest się amatorem-hodowcą rasowych psów i prowadzi się amatorską hodowlę, i nie ma się bazy do tego, by robić to profesjonalnie. To dorabiane, do tych czysto komercyjnych miotów, całej ideologii i filozofii jest słabe. Po prostu nieuczciwe wobec osób, którym te komercyjne szczeniaki się sprzedaje jako niekomercyjne. Poważnie, ludzie: mamy XXI wiek i hodowla psów, to genetyka. To, że tzw hodowcom wydaje się, że mogą od niej uciekać, nie zmienia rzeczywistości. Jak można traktować poważnie kogoś, kto nie bada psów, które rozmnaża, nie ma żadnej ”mapy”, która mówi o tym, jak w ”jego/jej liniach” jest z np. głuchotą, dysplazją itp.?

Uważam też, że nic złego nie ma, szczególnie, że to amatorska hodowla, w powtarzaniu danego kojarzenia, czyli ponownym kryciu suki samcem, z którym już raz dała miot. O ile efekt, czyli szczeniaki okazały się być zadowalające nie tylko pod względem zdrowia fizycznego (w wyniku kojarzenia nie ujawniły się wady wrodzone, jak ww głuchota, wady aparatu ruchu, wnętrostwo itp.), ale i pod względem psychiki. Jeśli tak było, to dlaczego nie sprzedać ludziom czegoś, co już raz okazało się być ”dobrym produktem”? Że to ”zawęża pulę genetyczną”? Błagam, bądźmy poważni. Przecież ludzie, którzy o tym ”zawężaniu” najwięcej trzeszczą, nie wykonują nawet profilów genetycznych psom, które rozmnażają. Sprawdźcie rodowody poszczególnych przedstawicieli różnych ras, psów ”popularnych” aktualnie na wystawach, czyli często pokazywanych. Zobaczcie co takie psy mają w papierach. Zauważcie tendencję do krycia ”modnymi reproduktorami” wielu suk w tym samym okresie. I weźcie pod uwagę to ile razy w rodowodzie jednego psiaka mogą powtarzać się te same osobniki.* Rozumiem, że hasło ”pula genetyczna” brzmi ”fajnie” i sprawia, że wydaje się, że ktoś, kto go używa ”wie, o czym mówi”, ale litości. Trzeba się zdecydować czy mówimy o rzeczywistej puli genetycznej, czyli ją sprawdzamy: robimy profile DNA wszystkim psom i budujemy mapę, czy tylko pie…my głupoty. Na razie cały czas dominującą jest ta pierwsza opcja.

Nie hodowca, a ‚Kowalski’ płaci ”podatek od wzbogacenia się” (nawet, gdy wychodzi ‚na minus’)

Nie jestem fanką podatków, zwłaszcza ich podnoszenia, jednak sposób opodatkowania amatorskiej hodowli rasowych psów, w której robi się zwyczajowo zdecydowanie komercyjne mioty, woła o pomstę do nieba i jest wręcz niemoralny. Szczególnie, gdy weźmie pod uwagę ową ”wolnoamerykanę”, o której pisałam w pierwszej części tego tekstu. Oraz osoby, które wykonują proste prace, być może z uwagi na pewne braki nie mogące wykonywać prac bardziej ”wymagających” i z uwagi na to zarabiające dosyć skromnie, których praca jest opodatkowana w sposób dla tych ludzi bardzo odczuwalny. A czasem wystarczy choćby przeczytać jakąś rozmowę tzw hodowców na fejsbukowych forach albo porozmawiać z jakimś tzw hodowcą, nawet za pośrednictwem social media, by zrozumieć, że rozmnażanie psów to dla tego danego przypadku jedyna droga do ”dorobienia się”, bo intelektualnie ów dany przypadek ”słabo daje radę”.

Rozmnażanie rasowych psów powinno być normalną działalnością gospodarczą. Rodowód powinno wydawać Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi – np. w Hiszpanii organizacje hodowców psów podlegają tamtejszemu Ministerstwu Rolnictwa. I miałoby sens wprowadzenie przepisu, że dany hodowca, do określonej daty od urodzenia szczeniąt, ma wybrać z miotu określoną ilość szczeniaków, które otrzymają wpis w metrykę, iż hodowca na podstawie fenotypu, wybrał je jako psy, dla których w przyszłości ich właściciele będą mogli starać się uzyskać uprawnienia hodowlane. A pozostałe zakwalifikował jako pety bez potencjału innego niż ”pieski do kochania”. Przecież nie stwierdzę nic nowego, pisząc, że gdy psiaki są w wieku 8 tygodni widać wystarczająco wiele, by wybrać te, które mają właściwe proporcje, kościec, prawidłowo osadzone, rozmieszczone, o właściwym kształcie oczy i uszy, umaszczenie, linię grzbietu, mają ładne i typowe głowy lub nie. itp., itd. Gdyby pieczę na przepisami związanymi z rozmnażaniem psów przejęło najwłaściwsze do tego Ministerstwo, nie byłoby problemu z rozmnażaniem petów ani kundli ”na boku”.

To jest jak z tymi krowimi kolczykami. Przecież i u nas, jeżeli ktoś ma ”krowę bez kolczyków” (a każda krowa musi mieć ”kolczyki” w obu uszach), to zgłasza się taki przypadek do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa albo Powiatowemu Lekarzowi weterynarii – te organy zajmują się sprawą, bo ta przykładowa krowa musi mieć ”porządek w papierach” i musi być krową, którą można zidentyfikować i sprawdzić jej książeczkę zdrowia, paszport itp. O ileż wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby znakowanie wszystkich psów, czyli ich czipowanie, choć czip też może zostać uszkodzony więc i dodatkowe tatuowanie byłoby obowiązkowe a ”papierologię trzymałaby” normalna instytucja państwowa, jak w przypadku ww hipotetycznej krowy. Gdyby istniał obowiązek, iż każdy pies ma znajdować się pod opieką lekarza weterynarii (choćby sprowadzało się to do tego, że taki pies ma po prostu być w bazie wybranego do tego lekarza powiatowego i dodatkowo łatwo może takiego psa ”namierzyć” urząd administracji publicznej, na którego terenie taki pies, wraz ze swoim człowiekiem, mieszka), to ustalenie kto dopuścił do rozmnażania (szczególnie rasowego) psa, który w metrykę oraz/lub chip ma wpisane (także w bazie tatuaży), że nie jest zwierzęciem, któremu można wyrobić dokumenty, które pozwalają przejść procedurę w wyniku, której uzyskuje się dla niego hodowlane uprawnienia, więc rozmnożony został poza prawem, nie stanowiłoby kłopotu piętnowanie praktyk pseudohodowlanych.

Dziś nabywca psa rasowego płaci podatek od wzbogacenia się, choć przecież rasowe psy kupują bardzo często ludzie, którzy psów nie rozmnażają i rozmnażać nie zamierzają, i swoje psy kastrują, więc zakup rasowego psa ich nie wzbogaca. Czasem przeciwnie. Kupują psa np. za 8 tysięcy złotych a na jego leczenie w ciągu pierwszych 2 lat życia psiaka, wydają drugie tyle albo jeszcze więcej. Czyli są ”na minus” o ”parę tysięcy”… Czy tzw państwo oddaje im pieniądze? Państwo, któremu zapłacili ‚podatek od wzbogacenia się’… Jeśli nabywca-właściciel psa rasowego ma dokumenty medyczne i rachunki za leczenie swojego psa, za którego na ‚dzień dobry’ musiał zapłacić podatek od wzbogacenia się, to powinien dostać zwrot – ”rzecz” była wadliwa i się na niej nie ”wzbogacił”… Nawet czysto teoretycznie, gdy mówimy o tych psach z rodowodami i udokumentowanym pochodzeniem, rozmnażanych w oparciu o przepisy danej organizacji hodowców, nabywca na swoim psie może zacząć zarabiać dopiero, gdy ten uzyska uprawnienia hodowlane. Uzyskuję dla psa uprawnienia hodowlane i legalnie mogę go rozmnażać = zaczynam dzięki psu zarabiać, wtedy płacę podatek, ale nie tak jest. Gdyby rozmnażanie rasowych psów było normalną działalnością, hodowca na wszystko co związane jest z wątkiem ‚wzbogacania się na psach’, mógłby brać faktury (usługi weterynaryjne, żywienie, akcesoria, koszty dojazdów na wystawy, badania psów, ubezpieczenie ich itp., itd.). Faktury są weryfikowalne – rachunki są do sprawdzenia, bo Urząd skarbowy ”nie bierze jeńców”. No i istnieje coś takiego, jak kwota wolna od podatku, więc jeżeli naprawdę na hodowli nie zarabiasz, nie przekraczasz tej określonej kwoty, podatku nie płacisz.

A co z innymi opcjami ”wzbogacania się na psie”? Co gdy ktoś jest np. cyrkowcem, któremu pies jest niezbędny w pracy i bez niego nie może wykonywać sowich ”numerów”? Albo, gdy rasowy pies jest nabywany po to, by swoją pracę, za którą otrzymuje pensję, której bez psa by nie otrzymywał, mógł wykonywać np. ratownik? Hm? Widzicie sami ile jest wątków związanych psami i podatkami…

Hodowca na Poziomie zasługuje na honorarium – tak, w tym wyrazie jest słowo ”honor

Jak w oceanie, no, dobrze, w ‚stawie’ pełnym hodowli i hodowców znaleźć TEGO CZŁOWIEKA i TE PSY? Z pewnością pomoże w tym zaprzestanie jako ”kryterium no. 1” postrzegania odległości jaka dzieli twoje miejsce zamieszkania od hodowli. Kiedy ktoś prosi mnie o ”polecenie hodowli najchętniej z okolic…”, odpowiadam, że nie jestem w stanie mu pomóc i na tym kończę rozmowę. Bo nie ma sensu tracenie energii na interakcję z kimś, kto niby ”wie czego chce” (np. przygotować wykwintną kolację dla 8 osób), ale generalnie to ”poleć mi coś w promieniu nie dalej niż 100km ode mnie” (wszystkie składniki niezbędne do przygotowania wykwintnej kolacji dla 8 osób, kup w tym sklepiku, dwie przecznice od domu, wiesz, u tej pani Wiesi”.) Chcesz wydać pieniądze, to wydaj je dobrze a nie u pierwszego z brzegu handlarza – do tego nie potrzebujesz mojej pomocy.

Na co więc zwracać uwagę wybierając hodowlę?

Moi drodzy, punkt wyjścia do kwalifikowania danej osoby jako kogoś, komu potencjalnie zapłacicie kilka tysięcy złotych/euro za szczeniaka jest oczywisty i nie są to ”lajeczki na fejsie”, tylko kultura albo jej brak u ”pana hodowcy”, czy ”pani hodowczyni”. Natura chama zawsze z niego wyjdzie, a gdy z psiakiem ”coś jest nie tak”, owa natura z tzw hodowcy wychodzi szybciej niż później. Błąd wielu z nabywców to samooszukiwanie, bagatelizowanie czegoś, co od razu wydaje się im być ”podejrzane”. A w tym nie ma żadnej ”głębszej filozofii”, po prostu: intuicji należy ufać. I sorry, ale pewne rzeczy widzi się od razu. ”Nie oceniaj książki po okładce”, to bardzo kiepska rada, choćby z tego powodu, że bardzo wiele wywnioskować można ze stanu okładki, który zdradza, choćby to, jak z ”książką” obchodzono się dotąd…

Przeczytasz jedną ”fejsbukową rozmówkę” z udziałem wytypowanego/ wytypowanej przez siebie ”hodowcy/hodowczyni”, o wrodzonych schorzeniach i wiesz już o tej osobie wszystko, co wiedzieć musisz. Szczególnie, gdy taka ”hodowczyni” albo ”hodowca”, ”jedzie” nabywcę psa obarczonego genetycznie za to, że ośmielił się on fakt niepełnosprawności swojego psa upublicznić, zamiast siedzieć jak mysz pod miotłą i trzymać gębę na kłódkę. I to ”jedzie” go niezależnie od tego o jaki przydomek chodzi – bo w takich ‚niebezpiecznych sytuacjach’ z ”solidarnością środowiskową” nie ma problemów. Sporo ”kynologów” reaguje na posty obnażające hipokryzję ”koleżanek i kolegów” hejtem, którego adresatem jest poszkodowany właściciel niepełnosprawnego psiaka. Jak widzicie więc, z pewnością warto jest zwracać uwagę na to, co dana osoba rozmnażająca psy, wypisuje na ‚fejsie’. Po prostu pytajcie hodowców do jakich/których grup na FB należą i wchodźcie w te grupy. To da wam pojęcie KIM jest ten ktoś, od kogo psa zamierzacie kupić, zanim wdepniecie w … Te grupy są ”zamknięte”, min. dlatego, żebyście jako potencjalni klienci nie mogli przeczytać, jak niektórzy z tzw hodowców piszą o was, o potencjalnych nabywcach rasowych psów.

Rok powstania hodowli i ilość miotów, które w tej hodowli przyszły na świat, od początku jej istnienia do ”dnia dzisiejszego”. Czy w danej rasie jest ”świeżakiem”, bo wcześniej rozmnażał inną, może w sowim czasie modną a przed nią jeszcze inną? Czy konsekwentnie trzyma się jednej rasy? (A może hoduje kilka ras? Jeśli tak, to jakie one są? ”Modne”? ”Chodliwe”? Jaki jest ”klucz”?) . A może dopiero zaczyna swoją ”przygodę z kynologią”?

Wiedza o tym czy ktoś ”trzepie mioty, jak popadnie”, czy też do hodowania psów, szczególnie rasy uznawanej za agresywną, podchodzi ze stosowną refleksją/zadumą, pomoże wam ”wczuć się w klimat”. Dowiedzcie się czy ktoś ”ma hodowlę od wczoraj”, czy prowadzi ją od lat. Czy ”mioty rodzą się co chwilę”, bo taki ktoś ma kilka suk i w roku ”trzepie miotów” trzy lub cztery. Czy też decyduje się na jeden miot w roku. I to może nawet nie w każdym roku? I jeden i drugi z ”ktosiów” mają powód, dla którego postępują tak, jak postępują. Zazwyczaj mniej znaczy więcej. Jeden miot w roku potencjalnie pozwala na przeznaczenie większych środków na kojarzenie (wybór reproduktora lub zakup wyselekcjonowanej suki hodowlanej). Daje duuużo czasu na ocenienie czy przychówek z danego skojarzenia przyniósł oczekiwane rezultaty, czy też nie. Oraz przemyślenie kolejnych kroków, gdy okazało się, że żadne ze szczeniąt nie spełniło oczekiwań hodowcy – refleksja na temat kierunku, w którym posuwa się tzw praca hodowlana, jest konieczna. No, chyba, że jest się producentem, dla którego nie liczy się nic poza tym, by zarobić na sprzedanych (”ciemniakom”) szczeniakach. Przemyślane kojarzenia pozwalają także komfortowo wybrać nabywców na szczenięta (na długo przedtem nim przyjdą one na świat), zamiast szukać ich na ostatnią chwilę i ”z łapanki” wciskać szczeniaki ”po okazyjnych cenach”. Przykładowy jeden miot w roku jest też mniej absorbujący dla hodowcy, który z większą energią może podejść do opieki nad szczeniętami, w tym pierwszym i niezwykle ważnym etapie ich życia.

”Parcie na szkło” tzw hodowcy lub jego brak. Tu chyba nie muszę tłumaczyć czym jest nachalna reklama (czyli antyreklama dla każdego, kto choć ”odrobinkę” myśli), z którą często mamy do czynienia w mediach społecznościowych. To zrozumiałe, że sprzedający stara się zachwalać swój towar, ale są granice dobrego smaku… Np. jakieś molosy albo presy z kośćcem jak u charcika z interwencji, lisimi głowami (jak u ”szczurzastego” Pointera), uszami w różyczkę (jak u Whipetta), atakującymi oczy klateczkami; płytkimi, wąskimi jak przecinek, płaskimi jak deska/kurzymi mostkami, ściętymi zadami albo zadami ”zadartymi” tak, że kłąb jest niżej od zadu, przeprostami, zbyt krótkie (jak Foxterrier) lub zbyt długie i niskie, jak ”warany z Komodo”, poruszające się w sposób sugerujący, że zamiast na wystawę należy zabrać je na RTG, by specjalista zdiagnozował ”nieprawidłowość”, to porażka. Smutek i kicha a nie ”Championy”. I usprawiedliwiające teksty o ”etapie rozwoju”, że pies niby ”jest jeszcze młody”, są na nic. Etap rozwoju nie ma tu nic do rzeczy, kicha albo paździerz, to po prostu kicha albo paździerz i nawet pretensjonalne imię takiej bidy tego nie zmieni. Face it.

Stado hodowlane, czyli psiaki stanowiące bazę, trzon hodowli – co to za psy, z jakich kojarzeń pochodzą? Należy to sprawdzić, czyli zapoznać się z ich rodowodami (skoro nic więcej nie ma…), by wiedzieć ”z czego zrobiony jest” dany psiak. Wymyślne, śmieszne, niekiedy wręcz groteskowo pretensjonalne, gdy patrzy się na danego psa, imiona, trzeba umieć ”odszyfrować”. Czytajcie rodowody psów, które dziś stanowią ”bazę hodowlaną” i/lub ”wygrywają wystawy”, i szukajcie o tych psach informacji. Sprawdźcie ”skąd się wzięły”, kto je ”wyprodukował”. Może możecie zobaczyć ich rodziców na fejsbukowych profilach tzw hodowców, może na YouTube? Może w internetowych bazach rodowodów? Może jesteście w stanie ”przestudiować” te psy pod względem wymogów wzorca rasy tak, by samodzielnie przekonać się w jak bardzo wielu przypadkach sędziowie kynologiczni przyznają wysokie oceny i tym samym uprawnienia hodowlane, osobnikom skandalicznie wręcz niezgodnym z wymogami standardu rasy? Szukajcie. I pamiętajcie, że to, że kilka psów z danego miotu było rozmnażanych lub wciąż jest rozmnażanych, wcale nie oznacza, że te psy warte były/są rozmnażania. To, że kilka psów z tego samego miotu, stało się ”zaczynami hodowli” dla kilku tzw hodowców, oznacza tylko tyle, że w danym czasie kilkoro osób kupiło psy od jakiegoś tzw hodowcy i ”zamarzyło im się” tzw hodowanie. Tzw hodowcy, niezależnie od rasy, po wystawach ciągali, ciągają i będą ciągać pety, czyli psy nieprzedstawiające wartości hodowlanej już z samej tylko uwagi na wizualnie łatwe do odnotowania odstępstwa od wzorca rasy, bo to im się po prostu opłaca. Bo mogą to robić. Pozwalają im na to sędziowie kynologiczni. A niemniej istotne w tym wszystkim, ego (albo ”brak oczu”) nie pozwala im przyznać się do porażki. Znajomość psie anatomii oraz wzorzec rasy mówi wszystko, co musisz, drogi potencjalny nabywco szczeniaka Psa Danej Rasy, wiedzieć o tym, jak mają wyglądać rodzice twojego psa. Wypłosze wygrywają wystawy – taki lajf. Jeżeli dajesz się nabrać na ”wystawowe tytułu”, nie patrząc na psy, które za tymi tytułami stoją, to twoja sprawa. Pamiętaj: nie jest dobrze, gdy stojąc przed ringiem, na którym prezentowanych jest kilka osobników tej samej rasy i, choć tych 4 -6 a może więcej psów w danej klasie, jest tej samej płci i w zbliżonym do siebie wieku, obserwując pokaz i przyglądając się tym psom, dochodzisz do konkluzji, że każdy z nich wygląda inaczej. A łączy je… Właściwie tylko umaszczenie i to, że wszystkie mają 4 łapy.

Sprawdzaj ”z czego zrobione są” psy, które dziś ci się ”podobają”. Może możesz dowiedzieć się więcej także o hodowcach? O ich stosunku do nabywców, którzy od nich psiaki kupili/wzięli na warunek hodowlany/współwłasność? O tym czy nabywcy, którzy przed tobą kupili psa od pani X albo pana Y mieli z tymi hodowcami jakieś ”problemy”? Potem? Mają jakieś zastrzeżenia? Czy są zadowoleni, że kupili swojego psa od Y lub X? Jeśli nie to dlaczego? A jeśli tak to dlaczego?

Badania – od ilu pokoleń, czy w ogóle i na co, pod kątem wykrycia albo wykluczenia czego bada hodowca swoje psy? W przypadku rasy genetycznie obciążonej głuchotą, czy rodzice miotu obustronnie słyszą? Czy ich rodzice obustronnie słyszeli? A rodzice ich rodziców? Czy dla tego hodowcy BAER TEST jest naturalnym kryterium, czy też ma w d…e to jak słyszą psy, które rozmnaża? Czy miot, z którego planujesz zakupić szczenię został przebadany? Czy w chwili transakcji wiesz czy szczeniak, którego kupujesz ma pełnosprawny zmysł słuchu? Czy kupujesz sobie psiego inwalidę a nawet o tym nie wiesz? A dysplazja i inne schorzenia aparatu ruchu? Czy rodzice miotu są osobnikami definitywnie wolnymi przynajmniej od dysplazji łokciowej i biodrowej? Czy wiesz, czy pamiętasz o tym, że bywa i tak, że szczenięta zakupione po rodzicach z idealnymi stawami łokciowymi i biodrowymi, z linii od pokoleń wolnych od biodrowej i łokciowej dysplazji, ale po rodzicach nigdy nie badanych pod kątem kondycji np. stawów kolanowych, mogą w wieku kilku miesięcy zacząć przejawiać oznaki zwyrodnienia stawów kolanowych, które na prześwietleniu prezentują się, jak stawy psiego staruszka? Degenerację stawów kolanowych o podłożu genetycznym może objawić zerwane więzadło kolanowe. (A, i nie myl zmian zwyrodnieniowych stawu z dysplazją stawu kolanowego.) Pamiętaj także o tym, że problem ze stawem łokciowym, może u psa objawiać dysplazję w stawie ramieniowym/barkowym – tak więc ”kłopoty z łokciami” mogą wynikać z nieprawidłowości w stawie barkowym… A serca rodziców (potencjalnie) twojego szczeniaka? Wiesz coś o kondycji ”serduch” mamy i taty? To, że przeżyli narkozę np. gdy cięto ich uszy, nie oznacza jeszcze, że mają ”na pewno” zdrowe serca… A profil DNA? Jest czy…? Wiesz, może możesz już kupić psa rasy, która cię interesuje z profilem DNA potwierdzającym treść wpisaną w metrykę?

Umowa. Przejrzystość umowy i oferowanie zawarcia w niej kwestii, które mogłyby przez strony uznane zostać za ”niejednoznaczne” i ”kontrowersyjne” w potencjalnie spornych sytuacjach vs. kombinatorstwo, ”machanie ręką” i powtarzanie, że ”dogadamy się”, to kolejne kryterium.

W umowie z hodowcą, który sprzedaje nam psa, psa którego kupujemy od hodowcy, muszą znaleźć się konkretne sformułowania. Począwszy od tego, czy w istocie ”kupujemy psa” i w wyniku zawarcia umowy dochodzi do przeniesienia własności? A więc od chwili, w której do rąk lub na konto tzw hodowcy trafi kwota za psa, nabywca staje się całkowitym dysponentem zakupionego przez siebie zwierzęcia i w efekcie może nim dowolnie, w granicach obowiązującego w Polsce prawa, rozporządzać? Czy może zawieramy z hodowcą umowę współwłasności, kiedy to pies pozostaje także a raczej przede wszystkim własnością hodowcy, który w umowie takiej widnieje jako ”wyłączny dysponent” i w sprawach wystawowo-hodolwanych oraz nierzadko także (wielu) innych, ma, jako pierwszy właściciel głos decydujący… W takiej sytuacji, współwłaściciele ponoszą konsekwencje za działania każdego z nich i jeśli pies np. kogoś ugryzie, konsekwencje ponoszą wszyscy jego współwłaściciele. Jeśli szczeniak oferowany nam jest na tzw warunek hodowlany, nie płacimy za niego ”od razu” (choć niektórzy hodowcy każą sobie zapłacić określony procent ceny ”regularnej”). Ale ceną jest to, że zarówno o wyborze sposobu żywienia (i rodzaju karmy), szkolenia, jak i o wystawowo-hodowlanej przyszłości ”naszego psa” decyduje hodowca. Opiekun psiaka przekazanego na warunek hodowlany, musi zapewnić mu stosowne, czyli wymagane przez hodowcę, określone w umowie, ”dobre warunki”. Ma psa utrzymywać, tj. zapewnić mu właściwe wyżywienie i pełną opiekę weterynaryjną, do niego należy także wychowanie psiny i utrzymywanie jej w fizycznej formie (dbanie o kondycję psa/suki, ale także, kiedy to konieczne, odwiedzanie ”psich salonów piękności”). I wreszcie, opiekun musi psiaka ”wystawiać, czyli pokazywać przekazanego mu osobnika na wystawach organizowanych przez stowarzyszenie, do którego należy hodowca. Oraz, gdy opiekuje się suką, zobowiązany jest odchować określoną w umowie z hodowcą, ilość miotów (Musicie wiedzieć jaki jest szacowany koszt tego przedsięwzięcia. Ile szczeniąt potencjalnie może przyjść na świat. Co w sytuacji czarnego scenariusza, gdy suka nie przeżyje porodu lub nie będzie mogła go wykarmić? Co wtedy? I jakie to mogą być koszty i kto je pokrywa?). A gdy powierzono mu samca, udostępniać go do kryć, gdy poleci mu to główny dysponent psiaka. Rzadko kiedy na takich warunkach otrzymuje się szczenię, bo dopiero mając przed oczami podrostka, który (w przypadku samca) nie jest wnętrem, ma (niezależnie od płci) prawidłowy zgryz oraz nie jest obciążony genetycznymi schorzeniami., można uznać go za osobnika posiadającego potencjał do hodowli. Aczkolwiek producenci rasowych psów zdolni są wmówić swoim klientom praktycznie wszystko

Pamiętajcie, że to wszystko kosztuje. Dla waszego dobra powinniście w umowie z hodowcą zawrzeć dokładny podział obowiązków, a więc także ustalić poziom kosztów oraz to jak będą się one dzielić. Ustalcie kwotę, którą w skali np. roku, jesteście w stanie przeznaczyć na wypełnienie umowy, żeby nie było niespodzianek (dla żadnej ze stron). Weźcie pod uwagę i to, że konflikty mogą powstawać także na bazie różnic w podejściu do tego z czym należy udać się do lekarza weterynarii a z czym nie, bo to wszystko są pieniądze. Powinniście zawrzeć w umowie szacowany koszt wystaw do chwili uzyskania przez zwierzę uprawnień hodowlanych. (Zgłoszenie psa, dojazd, ewentualny nocleg, to ile tych wystaw ma być w danym roku i ich lokalizacje – zagraniczne eskapady są droższe, bierzcie więc pod uwagę stosunek euro oraz innych walut do złotówki.) Jeżeli z uwagi na rasę konieczna jest specjalna, profesjonalna pielęgnacja sierści, to ustalcie także kto płaci za przygotowanie psa do wystawy oraz ile w roku takich wizyt niezwiązanych z wystawami, hodowca sobie życzy. Oraz ustalcie kto opłaca ewentualnego handlera, czyli tego, kto ”profesjonalnie biega z psem w kółeczko i go pokazuje” podczas show, jeśli nie wy macie to robić ani hodowca psa. Ale także i to czy hodowca życzy sobie, by przekazany wam samiec, brał udział w wystawach po tym, jak uzyska uprawnienia hodowlane i kto w takim przypadku ponosić będzie związane z tym koszty? Dla hodowcy posiadanie samca, który reklamuje jego przydomek, ale nie jest kolejną ”gębą do wyżywienia” w jego hodowli, jest bardzo wygodne. Korzystne jest dla niego także i to, że jedynie jakoś tam partycypując w kosztach jego utrzymania, może czerpać zyski ze sprzedaży jego potomstwa oraz określonej części ekwiwalentów za jego krycia. I jest jeszcze kwestia badań typu RTG w kierunku określenia stopnia dysplazji oraz innych, czyli ustalenie tego, kto za te badania, o ile będą wykonywane, będzie płacił?

Zastanowicie się dokładnie o co wam chodzi i jakiego typu psa kupujecie lub przysposabiacie w ramach umowy z hodowcą. Psa bez wartości wystawowo-hodowlanej, czyli peta, psiaka np. z nieprawidłowo, dla jego rasy, wybarwionym okiem (np. niebieską lub nie w pełni wybarwioną tęczówką), albo też po prostu wadliwego anatomicznie; o nieprawidłowej głowie, wadliwym kształcie oka, zbyt krótkiego lub zbyt długiego, czyli nieproporcjonalnie zbudowanego, który ani nie ma być w przyszłości pokazywany na wystawach, ani tym bardziej używany w hodowli?

Czy też hodowca sprzedaje lub w ramach innej uzgodnionej umowy, przekazuje wam psa, który w dniu zawarcia transakcji nie przejawia wad stanowiących o tym, że w przyszłości nie będzie mógł brać udziału w wystawach, czyli psa o potencjalnej wartości wystawowej, psa na ”show”. Czy może hodowca sprzedaje wam szczeniaka, o którym zapewnia (a zdarzają się i tacy), że w przyszłości psiak ten ”będzie mógł być używany w hodowli”?

Kasa, Kasa, Kasa…”

Wielokrotnie o tym pisałam, ale to jedna z tych kwestii, o których nigdy nie dość: hodowca ma pełne prawo wyceniać szczenięta i sprzedawać je nabywcom za określone przez siebie sumy. Tylko że hodowca nie żyje z psów. Konkretna kwota, którą płacicie za szczenię to także jest element kwalifikowania was, jako osób, które są w stanie przejść pewien próg. Czyli wydać kilka tysięcy na szczeniaka/podrostka, spełniającego określone kryteria (w tym certyfikaty dotyczące zdrowia szczenięcia i jego rodziców/przodków). Gdyż sam zakup psiaka to tylko początek.

Od ”paru” lat piszę wam, że gdy kupujecie psa rasy predysponowanej do konkretnych schorzeń, musicie monitorować jego stan zdrowia – a to kosztuje. Molos w wieku 3-4 miesięcy powinien mieć wykonane RTG stawów (nim skończy te 4 miesiące). W warunkach które dziś mamy i przy tej kynologicznej kulturze jaka aktualnie w Polsce panuje, oznacza to, że do ceny płaconej za psiaka musicie doliczyć koszt RTG (jeśli nie kupujecie szczeniaka nieco starszego i już wstępnie sprawdzonego, czyli prześwietlonego). Są hodowcy, którzy w umowach zawierają punkt, w którym zalecają nabywcom przeprowadzić określone badania, w określonym czasie (także np. gdy spisują umowę dotyczącą warunku hodowlanego). Tacy hodowcy zobowiązują się przy tym, do zwrotu poniesionych przez nowego właściciela psiaka, kosztów. Niektórzy oferują to nawet wtedy, gdy nie łączy was z nimi umowa hodowlana – zazwyczaj są to zagraniczni, często zachodni hodowcy. (Niestety, w Polsce, z opisanych w tym tekście przyczyn, jest to wciąż bardzo rzadka praktyka.) Ale jeśli zależy wam na zdrowiu waszych czworonożnych przyjaciół, powinniście pewne badania wykonać niezależnie od tego czy hodowca, od którego psinkę kupicie wam o nich powie i zaoferuje zwrot kosztów, czy też nie. Jeśli wydanie kilku tysięcy na samego psa, rujnuje wasz budżet, to wykonanie kompletu RTG solidnie trzepnie was po kieszeni… A RTG to może być tylko taki wstęp 😦

Skorzystajcie z tego, że przeczytaliście obie części tego artykułu i postarajcie się znaleźć odpowiedzi na pytania, które sformułowaliście sobie na początku czytania części pierwszej. Zacznijcie od sformułowania odpowiedzi na pytanie o to dlaczego o tylu istotnych kwestiach dotąd nie mieliście pojęcia?

Pomyślcie o tym, co czytacie na ”fejsie”, o tych fejsbukowych kynologicznych grupach, przez sporo osób traktowanych przecież naprawdę jako ”podstawowe źródło rzetelnej informacji”, a niekiedy wręcz jedyne źródło informacji. Załóżcie, że te różne grupy jak periodyki, mają określone cele i jako one mają; zasięgi, inwestorów (angażujących określone zasoby, oczekujących określonych korzyści), wydawców, redaktorów, dziennikarzy i konsultantów (funkcjonujących także w określonych zależnościach). I zafundujcie sobie refleksję nad kwestią ”doboru treści”, czyli wyboru poruszanych na forach tych grup tematów i sposobów na nawigowanie nimi. Bo, jak wiemy: liczy się sposób w jaki dany temat się przedstawia. Jak te wszystkie role porządkują się i dzielą w warunkach social media? Kto jest na tych fejsbukowych kynologicznych grupach ”inwestorem” – czyje racje, argumenty, po prostu: interesy ‚dzieją się’ na danym forum (i z jego pomocą)? Kto jest ”wydawcą”/”redaktorem naczelnym”, pełniącym rolę ”kontrolera” (by nie powiedzieć ”cenzora”), dopuszczając (albo nie) tematy ”publikacji” i rozmów, które na tychże fejsbukowych forach można znaleźć? I kto trzyma pieczę nad ”przestrzeganiem zasad regulaminu grupy” – czyli kto zajmuje się pilnowaniem, by odgórnie obrana linia była przestrzegana? Kto jest ”dziennikarzem” wybierającym sobie tematy i publikującym treści? I wreszcie kto ”w zespole” ma moc ”opiniotwórczą”? Kto wchodzi w rolę ”recenzenta”, gdy pojawia się konieczność(?) ”zrecenzowania” danej kwestii? I jak sterowane są dyskusje toczące się na forach kynologicznych grup? W jakim kierunku ”kanalizowana jest energia”? Jakie postawy są modelowane? Jakie nastawienie buduje się u członków tych grup w odniesieniu do poszczególnych zagadnień? I które posty/publikacje i rozmowy się ”utrzymują”, a które ”znikają”, są usuwane? I czy wiadomo dlaczego niektóre tematy są cenzurowane, czy też nie jest to ”jasne”? W skrócie: jak się na fejsbukowych forach kynologicznych ”prowadzi” nie tylko twórcę czy współtwórcę, ale i odbiorcę treści tam dostępnych? I wreszcie: kto jest zwyczajowym odbiorcą treści publikowanych na tychże forach? Czy sami jedynie ”przekonani”, których już ”przekonywać” nie trzeba? Czy także początkujący, szukający swojej drogi ”idealiści”, a może tylko ”naiwniacy”? Gdyby te grupy były na początku wspomnianymi periodykami, to kto by te magazyny (czy to w wersji papierowej, czy elektronicznej), kupował? I po co? Czego kupujący by w nich szukali? I dlaczego by kupowali właśnie te periodyki? Dziś to niestety głównie internetowe fora budują kynologiczną kulturę, warto zdawać sobie z tego sprawę i rozumieć dlaczego jest ona właśnie taka, jaka jest.

Zastanówcie się nad powyższym (nawet przyjmując, że ”w tych grupach to wszystko tylko jakoś tak po prostu wychodzi”), bo w życiu jest tyle okazji, gdy możecie zostać zmanipulowani, że kiedy będziecie sobie wybierać rasę psa, potem hodowcę i jego hodowlę a w końcu samego psa, to przynajmniej wtedy pewnie chcielibyście, by wami nie manipulowano.

Na osłodę”

Taka sytuacja;

Zuza Petrykowska

Feel Free to Disagree‚ i zostaw komentarz, ale pamiętaj, że kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć i/lub grafik bez zgody autora jest zabronione.